– Nie wiedziałam, że masz kota.
– Tak właściwie to on nie jest mój – powiedziałam do słuchawki telefonu. – No kolegi… – urwałam wsłuchując się w głos koleżanki rozbrzmiewający z głośniczka. – Wyjechał na tydzień i ładnie poprosił żebym się nim zaopiekowała.
– Taaaaaaa, akurat poprosił, postawił przed faktem dokonanym – poprawiłam się w myślach.

Rozmawiałam sobie dalej spokojnie przygotowując kolację. Zapomniałam wyjąć masła z lodówki, beztrosko odwróciłam się plecami do stołu na którym leżała żytnia bułka i kilka plasterków wędliny. Gdy z masłem w ręku stanęłam przed stolikiem, aż wypadło mi ono z ręki, właśnie poznałam kocią magię. Wędlina zniknęła, a razem z wędliną bułka zmieniła swoje położenie.

– Ten sierściuch właśnie ukradł mi mięsną wkładkę do kanapki, a bułkę zrzucił z blatu – żaliłam się przyjaciółce. Westchnęłam, wyciągnęła z lodówki serek wiejski i z miną skazańca zabrałam się za swoją kolację, ale nie dane mi było zjeść w spokoju. Szuranie, które usłyszałam mogło oznaczać tylko jedno. Po chwili zapach jaki się uniósł był tak obrzydliwy, że aż powodował wypadanie włosów z nosa… Odechciało mi się jeść. Swoją drogą gdzie te koty to mieszczą?

****

Usiadłam sobie do komputera, a kot zasnął w obitym welurową skórką fotelu stojącym tuż obok biurka. Lubiłam siadać i czytać w nim książki, które z kolei stały równo ułożone w regale na przeciwko siedziska.
Przeglądałam strony słuchając muzyki. Kot spał, a nawet chrapał.
Nagle moją uwagę zwrócił dziwny dźwięk, spojrzałam na kota. Kot też się obudził… Ja w szoku, kot w szoku wskakuje na blat. Widzę, że nim buja i zbiera mu się na pawia. Ratuję klawiaturę. Kot spierdala. – Co jest do cholery – myślę na głos. Zapalam światło, widzę uroczo na wpół przetrawioną moją wkładkę do kanapki, robi mi się słabo. Idę po papier, przy okazji sama puszczam pawia. Idę z papierem do fotela żeby go oczyścić. Nie, jednak nie idę, wracam w trybie ekspresowym i puszczam kolejnego pawia. Rzucam kurwami i nazywam kota pierdolonym sierściuchem. Kot w odwecie oczywiście rzyga, ale tym razem na nowy, jasny dywan. Patrzę, przewracam oczami i wyznaję kotu bezgraniczną miłość, po czym puszczam kolejnego pawia. Sprzątam, zbiera mi się na pawia… Mało nie brakowało. Ponownie wyznaję kotu miłość. Kot mając wyjebane na całą sytuację postanowił uwalić się na parapecie i z niewzruszoną miną obserwować całe przedstawienie. Doczyściłam fotel, pobiegłam ratować dywan i… Tak, właśnie – puściłam kolejnego pawia. Już chciałam zabijać i szukać łopaty gdy przypomniałam sobie czyj ten kot jest…

– No widzisz? Uratował ci życie. Ta wędlina była jakaś nieświeża – mówił Jaśnie Wielmożny Właściciel sierściucha. – Powinnaś być mu wdzięczna. Oddać mu cześć, czcić i dać tuńczyka!
– Uhm.
– A kara za próbę otrucia mojego kota i tak cię nie minie.