Tkwiłam w bezruchu patrząc na samą siebie, ale tak jakby z drugiego końca prawie pustego pokoju. Ściany skrzyły się od blasku srebrnej poświaty nocy wpadającej przez żaluzje.
Na łóżku leżała zwinięta w kłębek kobieta, obok niej klęczał mężczyzna i głaskał ją po głowie.
– Nigdy więcej – łkała.
On bez słowa głaskał ją dalej po włosach co chwilę zerkając na jej nagie ciało pokryte pręgami. Gdy tylko odrywał rękę od włosów i próbował dotknąć jej skóry ona natychmiast zachłystując się kolejną falą łez w panicznym spazmie uciekała sycząc z bólu. Chowała twarz w ramionach, po chwili ocierała pozostałości makijażu rozmazanego pod oczami.
Spod burzy włosów wyłaniała się tylko czerwień ust pragnieniem spływających soczystą czerwienią, drżące wargi odznaczały wysoki poziom stresu. Wystraszone oczy i pusty wzrok sugerowały jednak coś o wiele gorszego.

Patrzyłam ledwo stojąc na miękkich nogach od nadmiaru adrenaliny, wczepiłam palce w drewnianą futrynę w drzwiach. Starałam się uporządkować i zebrać do kupy myśli, które pierzchły gdy do nich podchodziłam. Rozsypane po podłodze kawałki rzeczywistości skrzyły się w świetle księżyca jak potłuczone szkło, obraz pokoju wirował barwiąc kolorowymi plamkami brudną podłogę. Bałam się ruszyć, aby nie zgnieść czy rozdeptać poszarpanych własnych emocji…

Miałam ochotę krzyczeć ze złości, ale tylko zaciskałam zęby i tę dłoń na framudze, zatapiając coraz mocniej, aż w końcu łamiąc w niej paznokcie.

Chciałam się odwrócić i wyjść zostawiając za sobą całe to świeckie zgromadzenie…

****

Klęczałam ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Wpatrywałam się w pociemniałe drewno pokrywające cały domek, które zdecydowanie nie zachęcało by być z nim blisko. Brudne deski lepiły się do skóry zostawiając na niej malownicze czarne odbicie faktury surowego drzewa.

Kazał mi się pochylić, dotknąć ciałem lepkiego ustrojstwa. Ociągając się wykonałam polecenie z obrzydzeniem widocznym w grymasie twarzy, która i tak była skierowana do podłogi. Słyszałam Jego kroki. Oglądał mnie, chodził w koło komentując i korygując pozycję, w której zastygłam. Przeczuwałam, że za chwilę coś się zmieni w moim życiu.

Wyszedł, słyszałam jak zapiszczał alarm w samochodzie, a po chwili z hukiem zamknął się bagażnik. Szedł wolno. Stanął tuż przy moich dłoniach, przejechał końcówką bata po moich nagich plecach. Zadrżałam. Usłyszałam szczęk odpinanej klamry paska, a po chwili szelest ocierającej się skóry o szlufki w Jego jeansach. Coś mi podpowiadało, że będę musiała dokonać wyboru.

Kazał się podnieść do poprzedniej pozycji i przyjrzeć się dokładnie. Podsunął mi pod nos wpierw pas, który pachniał starą suchą skórą. Wzdrygam się, bo sam zapach obudził głęboko chowane wspomnienia – pamiątki z dzieciństwa. Ojciec tak robił gdy chciał mi pogrozić co mnie czeka za nieposłuszeństwo.
Oo obserwował uważnie każdą moją reakcję uśmiechając się przy tym podejrzanie miło. W drugim ręku trzymał zwinięty, rzemienny, pleciony bat…

Nie byłam wstanie podjąć decyzji, bo oba rozwiązania wydawały mi się nieodpowiednie. Tkwiłam więc w bezruchu patrząc beznamiętnie przed siebie, próbując stłumić lęk przed tym czego chciał, ale gdzieś w głębi duszy pragnęłam Mu to dać.

Chciał abym pokonywała własny strach, chciał abym odkrywała siebie samą, chciał abym w pełni akceptowała to jaka jestem… Ale ja nie potrafiłam. Chciałam, ale wszystko wymagało ogromnego wysiłku i bardzo wiele mnie to kosztowało. Odważyć się, przełamać i sięgnąć po to co nieznane nie jest wcale tak prosto jakby się wydawało. Mówić czy opowiadać można o wielu rzeczach, ale pokonać strach przed tym co jest nowe i zrobić to o czym się wspominało to już wielka sztuka i spora do stoczenia wojna z samą sobą.
A przecież lęk przed nieznanym jest czymś naturalnym… Często głęboko zakorzenionym odczuciem, że po prostu tak się nie robi, że to złe, boi nie tak nas wychowano… Bariery są głównie psychiczne, a te pokonywać jest przecież najtrudniej.

****

Podszedł do stołu, odsunął sobie krzesło i usiadł na nim z twarzą skierowaną w moją stronę.
– Poczekam aż sama podejmiesz decyzję – powiedział cicho jakby próbując uspokoić burzę moich myśli i lęków.

Mogłam wstać i odejść, ale nie chciałam. Postawił mnie przed wyborem, który musiałam podjąć.
Minęło może piętnaście, a może dwadzieścia minut gdy pochyliłam się wybierając jedno z narzędzi. Drżąca ręka powędrowała na prawo. Wstał, pogłaskał mnie po policzku i wyszedł z pokoiku. Po chwili zawołał mnie upominając abym założyła buty.

Wyszliśmy z domku na otaczający go teren, który porośnięty był młodymi drzewkami. Było już ciemno, a wokół nas ani jednej żywej duszy.
Wrócił się na sekundę zostawiając mnie samą na werandzie.
– Załóż – powiedział zarzucając mi na ramiona letni ciemny płaszcz, który przywiozłam ze sobą ot tak na wszelki wypadek gdyby pogoda się zmieniła.
Podszedł do bramy, otworzył kłódkę i zdjął łańcuch z krat furtki. Wyszliśmy. Piaszczysta droga oddzielała tereny działkowe od lasu. Złapał mnie za rękę i pociągnął w lewo, a po kilku metrach wciągnął w gęstwinę lasu.

****

Kora sosny bezlitośnie wgryzała się w skórę, jutowa lina gryzła ciało skutecznie pozbawiając mnie możliwości ucieczki. Każdy kolejny raz, który spadał na mnie, odrywał mnie od rzeczywistości – powoli kawałek po kawałku, coraz bardziej zatracałam się we własnym świecie.
Krzyk i płacz przestały mieć znaczenie, umilkłam niesiona falą dziwnych odczuć, których za nic w świecie nie akceptowałam w swoim ciele.

****

Tkwiłam w bezruchu patrząc na samą siebie, ale jakby z drugiego końca prawie pustego pokoju do którego dopiero co mnie przyniósł owiniętą w ciemny płaszcz.
– Nigdy więcej – łkałam.
A On bez słowa wyciągał igliwie z moich włosów. Wiedział, że moje słowa były tylko wyrażeniem buntu… Wiedział, że moje słowa to tylko chwilowy sprzeciw. Wiedział, że nie potrafię już bez tego żyć.

Ściany skrzyły się od blasku srebrnej poświaty nocy wpadającej przez żaluzje.
Chciałam się odwrócić i wyjść zostawiając za sobą to wszystko co było związane z Nim i ze mną. Zapomnieć i nie wracać, nie wspominać tego, ale już nie potrafiłam…

Zdałam sobie sprawę z tego, że nie ma ucieczki przed samą sobą… Bo im bardziej będę próbowała zapomnieć, tym bardziej będę odczuwała tego brak… Bo to jest jak dół. Ziejący pustością lej w ziemi, który możesz próbować zasypać, ale po pewnym czasie znów będzie pusty… Bo to jest jak uczucie głodu. Zjesz, ale po jakimś czasie znów będziesz głodny.