Każdy ma takie dni w roku, których nie lubi. Dzisiejszy z pewnością do takich należał, bo już od samego rana wszystko wyprowadzało mnie z równowagi. Tylko zdążyłam otworzyć oczy, a szarość dnia obrzydziła mi całą jego resztę.

Leżący obok facet przewrócił się na plecy głośno przy tym chrapiąc, nawet nakrycie się poduszką nie zdało egzaminu, nie miałam nawet o czym marzyć – spać dalej nie będzie mi dane.
Sierściuch błyskawicznie zauważył, że jestem bardziej przytomna i postanowił namolnie łażąc po mnie upomnieć się o poranną porcję karmy.

Po małej przepychance z dwoma kotami, wstałam ze zniesmaczoną miną i powlekłam się do kuchni, a po chwili już wracałam z kubkiem gorącej kawy.
Już psychicznie przygotowywałam się na sporą ilość wpisów z życzeniami na mojej osi czasu, gdy przypomniałam sobie o bardzo mądrej rzeczy jaką ostatnio zrobiłam. Wlazłam na facebook’a, a tam czternaście powiadomień o nowych prywatnych rozmowach. Mogłam to przewidzieć, ale przynajmniej życzenia nie kończyły się na „100 lat”, bo przecież skoro już ktoś kliknął w priwa to i trochę postukał w tę klawiaturę. Gdzieś podpatrzyłam podziękowania za życzenia, które i tak się nie spełniały. Autor sugerował aby alkohol i słodycze przesłać od razu pod wskazany adres. Zaśmiałam się w duchu, bo uświadomiłam sobie, że przecież ja nie piję alkoholu. Mogli by mi co najwyżej żelki wysłać. Ewentualnie, ostatecznie i z wielką łaską mogłabym zaakceptować ładnie związanego ludzkiego samca do celów prywatnych. Przydałby mi się remont i stała służba, bo jednak wolę jak ktoś sprząta i mi gotuje. Jedynie na zakupy mogłabym chodzić sama, a co mi tam w końcu lubię.

Zaledwie dwie godziny cieszyłam się wolnością myśli i kolejnymi kawami, bo sierściuchy postanowiły obudzić i chłopa raźno po nim biegając.
– Mmmmmm, kawy… – powiedział półprzytomnym głosem, a brzmiało to jakby był strudzony całonocną wycieczką po bezkresach pustynnych piasków spragniony chociaż kropli wody. Swoją drogą dobrze, że nie krwi i że tego piasku nie naniósł do mieszkania.

Od samego rana łaził i gadał głupoty, że to niby na urodziny w tyłek się bije. Owszem kojarzę, ale z osiemnastką, ale nie na trzydziestkę czy czterdziestkę. Z drugiej strony zawsze można by było odwrócić kota ogonem i zmienić nieco znaczenie stwierdzenia „dam ci 30 batów na 30 urodziny”, bo przecież równie dobrze to ja mogłabym założyć, że to on daje możliwość spuszczenia sobie lania. Tak? Poza tym jakoś niespecjalnie widzę w tym jakiekolwiek atrakcyjne strony. Lepiej by zaoferował 30 minutowy masaż stóp razy dwa, bo przecież mam dwie stopy.

Kolejna kawa, a ja coraz bardziej nienawidziłam tego dnia. Kolejny telefon z życzeniami, kolejny sms od człowieka, z którym rozmawiam raz na ruski rok.
Plan na spędzenie miło tego dnia i tak jakiś był tyle, że mnie już szlag trafiał.
– Wyłącz ten telefon i miej ich wszystkich głęboko w poważaniu – powiedział.
– No, a jeśli ktoś będzie chciał ze mną porozmawiać w innej sprawie?
– Wyłącz – złapał za telefon i wyszarpnął mi go z rąk, nacisnął magiczny guzik i już po chwili ekran zrobił się czarny. Oh! WOLNOŚĆ!

Umowa była taka, że mieliśmy iść na spacer na Starówkę, więc siłą rzeczy chcąc wyglądać zacnie trzeba było się trochę poświęcić. Tak o to kosztem wygodnych butów przyodziałam kozaki na obcasie, kosztem ciepełka w zadek zrezygnowałam ze spodni na rzecz spódnicy i pończoch, a nawet płaszcz założyłam do kompletu. Dama salonowa już była gotowa do wyjścia…
– Nogi cię będą boleć, zmień buty – zasugerował. Miał trochę racji, więc wyszukałam wśród tych wszystkich butów coś co by pasowało do całości, a jednocześnie było bardziej wygodne niż obcasy na brukowanych ulicach. Wybór padł na glany, zmieniłam tylko kieckę i mogłam ruszać w romantyczne włóczenie się po uliczkach zabytkowego Starego Miasta.

Rozsiadłam się jak wielkie panisko na fotelu w pierwszej klasie lotów międzynarodowych. Przecież skoro mam urodziny to mi wolno.

Jechaliśmy dobrze znaną mi drogą, gdy właśnie moja druga kochana połówka zjechała z trasy by zaparkować samochód nad Wisłą.
– Ej. Ale Starówka jest po drugiej stronie rzeki – powiedziałam lekko zdezorientowana. – Chyba nie sądzisz, że przepłynę tę smródkę wpław?
– Pomyślałem, że przejdziemy się najpierw nad Wisłę – zrobił minę niewiniątka, ale ja czułam, że knuje i to ostro.

Szliśmy sobie alejką wśród krzaków gdy złapał mnie brutalniej niż zwykle za włosy. No kto by pomyślał taki romantyk z niego, a tutaj takie zagrywki.
Jego ręka wślizgnęła się pod moją spódnicę.
– A gdzie Ty masz majtki? – zapytał drwiąco się przy tym uśmiechając.
– Zapomniałam – odpowiedziałam z bezczelnym uśmiechem na twarzy. – Ale i tak w to nie uwierzysz.
Szybkim ruchem obrócił mnie i popchnął w kierunku rosnącej tam od wielu lat topoli. Kora drzewa była chropowata, a on z siłą przyparł mnie do niej wcześniej rozpinając płaszcz i podciągając bluzkę.
– Jesteś mokra – stwierdził fakt.
– Dziwisz się?
Zawszę lubiłam się droczyć, zawsze lubiłam pyskować…
– Nie pyskuj dziecino, a zwłaszcza dzisiaj dobrze ci radzę – po tych słowach sforsował głębokim pchnięciem moją „niewinność” wśród krzaków nad Wisłą, a mój jęk rozkoszy niesiony był przez wodę na drugi brzeg.
Jęknął mi do ucha i w tym momencie otarło do mnie właśnie, że będę pachniała nasieniem i że będzie ono gorącymi strugami ściekać po moich udach w środku miasta…
– Wytrzyj się – rzucił niedbale, traktując mnie nie jak swoją kobietę, a jak dziwkę, której zapłacił za odrobinę przyjemności swojej własnej.

Odechciało mi się wszelkiego rodzaju romantycznych spacerków mimo, że lubię miejsca publiczne to zdecydowanie takie zakończenie zabawy nie należało do moich ulubionych. Niechętnie, wiec wróciłam wraz z nim na most, aby przedostać się nim na drugą stronę szerokiej rzeki. Szliśmy w ciszy wśród warkotów silników samochodów, które nas mijały. Zastanawiałam się czy to jest właśnie to coś, co mi obiecał. Skłamałbym gdybym powiedziała, że prezent nie trafiał w mój gust.

Zrobiliśmy kółko po Starówce, zjedliśmy obiad w barze mlecznym „Pod Basztą” i wracaliśmy już do samochodu gdy wpadła mi do głowy pomysł z lodami.

Cholernie lubię lody włoskie, takie kręcone z maszyny. Zjedliśmy po jednym w drodze powrotnej do samochodu.

– Zmarzłam – powiedziałam cicho mając nadzieję, że mnie przytuli albo odda swoją kurtkę.
– Trzeba było się cieplej ubrać, a nie z gołą pizdą po mieście latach.
– Ho, ho. Nie poznaję kolegi – zakpiłam. – Dalej jest mi zimno.
– W domu zrobi ci się gorąco – rzucił nie patrząc w moją stronę.

Znów coś knuł? Dojechaliśmy dość szybko do domu i jak tylko weszliśmy poleciałam pod prysznic po drodze zrzucając z siebie ciuchy.
Przez szum wody przedarł się do moich uszu dźwięk dzwonka do drzwi.
– E tam – pomyślałam. – Pewnie ziemniaki chłop chce sprzedać.
Skończyłam się szykować i z mokrymi włosami opatulona ręcznikiem wyleciałam z łazienki.

Stał i patrzył, a razem z nim jakiś facet.
Facet się oblizał lubieżnie, a ja poczułam się cholernie malutka i z wielką radością zapadłabym się pod ziemię tam gdzie stałam. Nie ważne, że kilka pięter pod nami jeszcze ktoś mieszkał…

– To ona? – zapytał mężczyzna.
– Tak – odpowiedział. Facet zmierzył mnie wzrokiem. – Ale pamiętaj o ustaleniach.
– Będę pamiętał.
– To bawcie się dobrze – powiedział ogólnie. – A ty – skierował słowa bezpośrednio do mnie. – Masz tutaj ode mnie to „coś” na urodziny co ci obiecałem. Wracam za trzy godziny. Później wszystko mi opowiesz ze szczegółami.
Dotarło do mnie, że oto przede mną pierwsza w życiu zdrada kontrolowana i że chyba zacznę lubić urodziny, a to że kochankiem, przyprawiającym rogi mojemu był dominujący to już inna bajka.