Szłam obok Niego w ciszy. Jakby mnie prowadził na smyczy, a nawet można by powiedzieć, że już przywiązywał mnie do siebie niewidzialnym sznurkiem, którego jeden koniec trzymał On, a drugi wrzynał się zgrabnie zawiązaną kokardką na serdecznym palcu prawej ręki. Podążałam za cudownym dźwiękiem jego głosu jak te szczury, które za muzyką wydobywającą się z fletu szczurołapa szły w opowieści braci Grimm.

Tylko, że ja miałam świadomość tego do czego ta wędrówka może mnie doprowadzić. Czułam się trochę jak Alicja, którą właśnie prowadzono do krainy czarów. Albo nie. Znacznie gorzej, czułam się jakbym stała przed furtką do tajemniczego ogrodu… do zakazanego ogrodu pełnego wyjątkowych emocji i ktoś z jego wnętrza mnie wołał.

****

Kawiarnia, do której mnie przyprowadził była niewielka i na tyłach wielkiej ulicy. W środku było niewiele osób. Stoliki były nakryte obrusami, a na wierzch położono idealnie dopasowane szkło.
– Czego się napijesz? – zapytał, a ja zaczęłam liczyć ilość kubków wypełnionych zbawiennym trunkiem z podwyższoną zawartością kofeiny.
– Mają tutaj zieloną herbatę? – zapytałam dość naiwnie.
– Obawiam się, że nie.
– To poproszę czekoladę, a jeśli też nie mają to lekką kawę z mlekiem. O! Albo chcę latte – oblizałam się sięgając po torebkę aby wyciągnąć z niej portfel. Gdy podniosłam głowię już go nie było przy stoliku. Spojrzałam za okno, znów prószył śnieg. Cholera jak ja nie lubię zimy.
– A w ogóle w co ja się pakuję? – zaczęłam panikować. – Na co mnie taki o Kłopot? Trzeba było nie pisać tego maila. Trzeba było nie łazić po czatach. Chciałam wrażeń? To teraz mam. Tyle energii władowałam w te swoje systemy obronne… – zaczynałam mieć problem sama ze sobą. Jedna część mnie chciała wstać i tupnąć nogą gdy druga pragnęła siedzieć cicho i potulnie jak baranek.
– Uuhhhhhhh – westchnęłam gdy On już wrócił z kawami. Postawił mi pod nosem kubek. Tak patrzę i oczom swym nie wierzę. – To nie jest late.
– Owszem. To nie jest late.
– To jest kakao z pianką i posypką czekoladową.
– Dokładnie.
– Dlacze…
– Dlatego, żebyś miała pewność, ze to ja decyduję i że to do mnie należy ostatnie słowo.

Zrobiłam kwaśną minę. Strzeliłam focha ma się rozumieć.
Złapał mnie za rękę, momentalnie zmiękłam. Boże co się ze mną dzieje?
Kciukiem gładził moją skórę, aby już po chwili przeciągnąć jednym ze swoich palców po wnętrzu mojej dłoni. Drgnęłam, chciałam wyrwać rękę z Jego uścisku wystraszona tym co poczułam. Solidny dreszcz zatrząsł moim ciałem od podstawy kręgosłupa aż po kark. To było na tyle przyjemne i intensywne, że z moich ust wydobył się jęk rozkoszy.

Patrzył na mnie zadowolony z samego siebie. Płonęłam rumieńcem… Nie byłam w stanie spojrzeć Mu w oczy. Totalnie zbita z tropu, totalnie wybita z roli pyskatej dziewuszki wpatrywałam się w koronkę obrusu nerwowo ją skubiąc.

Przechylił się ku mnie przez blat stolika, złapał jedną dłonią za policzek i zmusił do podniesienia wzroku.
Byłam pewna… Miałam już kłopoty. Wpadłam po same uszy, pożądałam go, ale póki co nie dopuszczałam do siebie myśli o tym, że mogłabym mu ulec. Myśli o tym, że ot tak przypadkiem trafił się Mądrala, który sprytnie wiedziony intuicją ominął wszystkie wilcze doły i inne pułapki, a ze smokiem, który miał mnie pilnować ziejąc ogniem na intruzów poszedł na flaszkę.

– Kurwa – wyszeptałam drżąc z nadmiaru emocji i myśli, które kłębiły się w mojej głowie. – Muszę już iść jest cholernie późno – próbowałam się wyłgać.
– I może jeszcze zostawiłaś żelazko? Albo garnek na gazie?
Roześmiałam się.
– Nie, kota bez miski z karmą.
– Wypij kakao.
– Sam wypij, w końcu ostatnie słowo należy do ciebie – zakpiłam wracając obiema nogami na ziemię.
Chwyciłam za płaszcz i zarzuciłam go na siebie szybkim ruchem.
– Wyślij mi smsa jak dojedziesz, żebym się nie martwił.
– Pff niedoczekanie twoje – pomyślałam, zamykając za sobą drzwi kawiarenki.

****

Kobieta jechała zatłoczonym autobusem, jeszcze trzy przystanki i będzie w domu. W ręku trzymała telefon, co chwila odblokowywała i blokowała klawiaturę. Wpatrywała się przez chwilę w prószący śnieg za oknem.
W końcu wstała z miejsca i przecisnęła się przez ścisk panujący w autobusie. Wysiadła przystanek wcześniej i skierowała swoje kroki do osiedlowego sklepu.
– Dzień dobry, co dla pani? – zapytała znudzona ekspedientka.
– Pół litra Finlandii i sok z czarnej porzeczki.
Zapłaciła zbliżeniowo kartą i poszła do domu.
Jadąc windą wyjęła telefon bijąc się z myślami… Mogłaby to już teraz zakończyć, ale z drugiej strony coś wewnątrz niej nie chciało tego.
– Cholerna zima. Nie lubię zim, bo długo wraca się do domu – napisała w wiadomości, chwilę patrzyła na jej treść jakby się zastanawiała czy powinna robić to co właśnie robiła. Wysłała.
– Jesteś moja – odpowiedział, a ona się uśmiechnęła pod nosem.