Patrzyłem na nią z góry, leżała na jasnych panelach, a jej blade ciało niemal stapiało się z ich odcieniem. Ognista burza włosów zakrywała jej twarz, a ciało drżało z podniecenia i bólu. Wyciągnąłem rękę aby wydobyć ją spod fal jej własnych włosów. Chwytając za brodę i unosząc spojrzałem w złote oczy – miały to specyficzne zamglone spojrzenie, a na policzkach łzy barwiły własną ścieżkę spełnienia rozmazując makijaż.
– Kolor? – zapytałem lekko przestraszony myśląc, że być może przesadziłem z reakcją na jej śmiech. Po dłuższej chwili oblizała wargi umalowane kurewsko czerwoną szminką, podniosła na mnie swój wzrok i odpowiedziała.
– Zielony – zaskoczyło mnie to. Sądziłem, że będzie miała dosyć. – Pieprzona masochistka! – pomyślałem i rzuciłem okiem na jej uda, które pokrywały różowo-czerwone ślady… Spojrzałem na pośladki, na których można było już zauważyć gęsią skórkę… – Pieprzona masochistka – powtórzyłem w myślach pociągając za smycz przyczepioną do jej obroży.
Mimo wszystko byłem z niej cholernie dumny, nawet w takich momentach kiedy była taka prowokująco pyskata.

****

To był impuls. Chciałam znów to poczuć, tę odrobinę uległości w sobie jaką miałam. Dać się poprowadzić i dać Jemu całą siebie, zajrzeć w głąb swojej duszy… Puścić wodze fantazji…

Rozebrałam się i uklękłam przed nim choć wiedziałam, że tego nie lubi. Spuściłam głowę i czekałam na jego reakcję. Wewnątrz cała drżałam, a sama poza już sprawiała, że zalewała mnie fala niesamowitego podniecenia, które objawiało się dreszczami.

Patrzyłam w podłogę gdy on oglądał skoki w telewizji. Pragnęłam aby mój świat zawirował w emocjach…

Wstał gdy zakończyła się transmisja.
– Stoch ma złoto – powiedział beznamiętnie. – Wolałbym abyś wstała, ubrała się i usiadła normalnie.
Te słowa odbijały się echem w mojej głowie, a mimo to tkwiłam z otwartymi dłońmi położonymi na szeroko rozstawionych udach. Miałam dziwne uczucie, że mogę żałować swojej decyzji.

Podszedł do regału, z którego wziął prowizorycznie zrobioną obrożę z kawałka paska. Czerwony kawałek skóry, który nigdy wcześniej nie wywoływał we mnie takich emocji został założony na moją szyję. Przeszył mnie dreszcz i w jednej chwili odczuwanie wszystkiego wokół jeszcze bardziej się pogłębiło. Poczułam lekkie szarpnięcie gdy doczepił do niej smycz. Była ciężka i zimna. Szarpnął zmuszając mnie abym ruszyła za nim. Zaprowadził mnie na czworaka jak psa do łazienki. Przez chwilę bałam się, że będzie chciał przećwiczyć na mnie sikanie do celu. Jednak kazał mi tylko pomóc mu załatwić swoją potrzebę.

Kropelki moczu dzwoniły o muszlę, odbijały się od niej znacząc moje ciało. Kwaśno-pikantny zapach unosił się w powietrzu… Całe zadanie utrudniał jego wzwód, więc nie było to wcale takie łatwe trafić strumieniem do toalety.

– Potrząśnij. Tak. A teraz mnie umyj.

Przez cały ten czas trzymał mnie krótko na smyczy. Cholernie dziwne uczucie…
Gdy już go wytarłam skończywszy zadanie klękłam odruchowo w miejscu w którym byłam. Znów poczułam napięcie skóry na karku.
– Pójdziemy na spacer – powiedział, a ja poszłam za nim na czworaka czując, że nie mam innego wyjścia.
Wykładzina ostrym włosiem drażniła moją skórę na dłoniach i kolanach. Doprowadził mnie do drzwi wejściowych. Otworzył zamek. Drzwi skrzypnęły, a przedpokój zalało mleczne światło z korytarza. Przez chwilę pomyślałam, że żartuje… ale on wyszedł na klatkę schodową ponownie ciągnąc za smycz.
– Nie myśl, zrób to – powtarzałam sobie w głowie. Chciałam by był zadowolony, chciałam by był dumny… Zaczynałam myśleć jak uległa chociaż miałam świadomość, że brak zdrowego rozsądku mógłby być fatalny w skutkach dla nas obojga, a mimo tego poddałam się Jego żądaniu. Ruszyłam z miejsca muskając włosami wykładzinę, a po chwili kamienną posadzkę klatki…

Skórę już miałam podrażnioną od dywanu, a on dalej prowadził mnie z powrotem do pokoju, gdy nagle przypomniał sobie o tym, że trzeba coś wyjąć z lodówki. Wrócił się nadal trzymając smycz w rękach i prowadząc mnie za sobą komentował szybkość moich ruchów… Ledwo dawałam radę, ręce mi drżały. Nikt nigdy mnie tak nie przeczołgał po podłodze jak On robił to w tej chwili.

Zaczepiłam dłonią o nogę krzesła, zatrzymałam się sapiąc z bólu. W pierwszej chwili pomyślałam, że wybiłam sobie palec. – Boże… Jaka ze mnie niezdara! – wykrzyczałam w myślach.
Moje posykiwanie zostało odebrane jako drwiący śmiech. Charakterystyczne klapnięcie wypełniło kuchnię. Chłód ręki, gorąc uderzenia, rozpływanie się w bólu… zadrżałam.
– Masochistka – mruknął pod nosem. Wiedział doskonale, że z tym określeniem nigdy się nie zgodzę i że zawsze będzie ono wywoływać we mnie sprzeciw… specyficzny rodzaj buntu… chyba nawet można by było nazwać to konfliktem wewnętrznym.
Dziś, teraz, w tej chwili nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. Byłam, czułam, pragnęłam dawać, być bezgranicznie oddana… i uległa. Reszta nie miała większego znaczenia.

****

– Nie – powiedziałam twardo. – Nie zrobię tego.
– Wybierz liczbę od 1 do 10.
– 4.
– 4 razy 6?
– 24
– Po 12 na każdą stronę.
Przełknęłam ślinę. Miał w rękach mój ulubiony palcat, kochałam go używać. Sztywne dość włókno jak na bat skokowy dawało bardzo ciekawe efekty w moich rękach. bat ten był bardzo precyzyjny i można było nim zadać dość spory ból, jednak w jego rękach był zagrożeniem, bo nie miał wprawy w takich zabawach.

Świat zawirował, rozpłynęłam się w cieple, które rozprzestrzeniało się po moim pośladku. To był zdecydowanie ten dzień, w którym czerpałam satysfakcję z bólu. Dzień, w którym pragnęłam bólu… Dzień, w którym mój próg wytrzymałości radykalnie wzrastał. Bałam się tych dni cholernie się ich bałam, bo wychodziło ze mnie coś czego nie lubiłam i co mnie przerażało.

Robiłam wszystko, aby sprowokować go do tego by zadawał mi fizyczne cierpienie.
– Otwórz usta – powiedział.
Roześmiałam się, odruchowo kuląc ciało szukając schronienia pod własnymi rękoma, bo wiedziałam co za kilka sekund poczuję. Złapał mnie jedną ręką za przedramię, a drugą chwycił brodę i uniósł twarz tak, abym widziała jego oczy. Mówił coś do mnie, nawet nie pamiętam co, bo nie dodzierało to do mnie… Jak w zwolnionym tempie – podniósł rękę, zamknęłam oczy czekając na uderzenie.

****

Bezwład upadania, głuchy odgłos uderzenia ciała o drewnianą podłogę. Ciemność, a wśród niej kolorowe plamy formujące się w gwiazdki. Świat wirował, a w uszach gwizdał szum… Ta chwila trwała wiecznie? Ciałem targały spazmy rozkoszy…

****

Stał nade mną. Patrzył. Wyglądał na wystraszonego… wyciągnął do mnie dłoń, odsłaniając moją twarz z mokrych od potu i łez włosów. Musiałam wyglądać koszmarnie taka rozmazana z czerwonym śladem na policzku. Nie byłam pewna co się właściwie stało… Patrzył mi w oczy.
– Kolor? – zapytał.
Podświadomie oblizałam wargi sprawdzając czy wyczuję na nich metaliczny posmak krwi…
– Zielony – odpowiedziałam, czując jak wraca mi świadomość i pełne czucie. Jak wraca piekący ból pośladków i ud… Czułam, że wracam na ziemię.
– Czy ja jestem masochistką? – zaczęłam się zastanawiać, z powrotem wprowadzając się w stan, którego pragnęłam, czując na karku napiętą skórę mojej czerwonej obroży…