Chora jestem, a to wszystko oczywiście suni wina. Przewiało mnie wczoraj. Chciałam być miła, uprzejma i w ogóle, więc wpadłam na pomysł, że pojadę po sunię pod szkołę, a że kończył późno… a na dworze zimno… To człowiek w taką pogodę nawet na wsi nie ma jakoś sumienia tak psa trzymać na podwórku, a co dopiero w mieście.

****

Spojrzałam na termometr. Dramatu nie było, więc wskoczyłam w kieckę. Nawiasem mówiąc chyba mi się trochę przytyło… ale zaraz moment, świąt jeszcze nie było, więc to możliwe nie jest. Prana była teraz, dopiero co z obwieśloka ściągnięta to z pewnością się zbiegła w praniu. Znajoma mówiła, że kaloria to takie żyjątko mieszkające w szafie i zwężające każdej nocy kobiece łaszki, ale nie mówiła nic o zwężaniu na suszarce do prania. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Nie znam się. Owych kalorii nie widziałam i chyba nawet nie chcę ich spotkać.

Wymówkę miałam dobrą, więc i humor niczym nie był „nadgniły”, więc zarzuciłam kurtkę i zeszłam na dół. Wyszłam przed klatkę a tam…
– Syberia kurwa, albo jakiś biegun… – rzuciłam pod nosem, totalnie nie zwracając uwagi na starszego mężczyznę przechodzącego obok, który niechcący mnie potrącił. Silny podmuch wiatru zrzucił z mojej głowy kaptur. Zaklęłam siarczyście pod nosem, ale już mi się nie chciało wracać na górę żeby się przebrać w spodnie. Chociaż z drugiej strony teraz to myślałam jedynie o ciepłych dresowych portkach, gorącej herbacie i różowym półnagim podnóżku, który by w ustach trzymał jakieś zmyślne narzędzie zbrodni.
– Gdzie on zaparkował wczoraj ten samochód… – mruczałam do siebie wyciągając z kieszeni pilota.
– Tiut, tiut – odezwał się dźwięk wyłączanego alarmu. Wysokość czapy śniegu na jego dachu, boku… po prostu wszędzie była czymś w rodzaju znaku – nie jedź, pierdol to zostań w domu i opatul się kocykiem.
Byłam blisko wyciągnięcia telefonu i napisania skostniałymi paluchami – bo przecież po co mi rękawiczki w grudniu? – „a wracaj se sam”.
Drogowców jak zwykle zaskoczyła zima w dodatku „zima w grudniu”. Padało od samego rana w pewnym momencie to nawet nie dało się odróżnić trawnika od ulicy. Tylko te zasypane śniegiem tabliczki na kijach sugerowały, że to jezdnia.
Lód, śnieg… Reniferów tylko brakowało, w końcu 6 grudnia… Jakoś udało mi się odszukać szczotkę. Spojrzałam z politowaniem na skrobaczkę do szyb. A w nosie to mam. Przekręciłam kluczyk w stacyjce, niech się nagrzewa. Może samo odpadnie. Na kursie mówili, że tak nie można… Oj tam, oj tam, kto by się tym przejmował.

Miejsce parkingowe królewskie, szeroko było, to bez stresu większego o sąsiadów mogłam jechać, ale ten Suv co stał z tyłu… tak prostopadle, a droga pokryta wyjeżdżonym śniegiem przypominała lodowisko. Jakoś wyjechałam. Nawet niczego nie psując po drodze. Ostatni raz siedziałam za kierownicą chyba w marcu. Zawsze mnie woził. Przez chwilę nawet miałam podły plan w głowie.

****

Kobieta podjechała pod szkołę i wysiadła z samochodu.
Wysokie czarne kozaki ściśle przylegały do jej nóg, rozpięty czarny płaszcz ukazywał krótką jak na tę porę roku spódnicę i dopasowany do niej sweter. W prawym ręku trzymała czerwoną, szklaną fifkę. Paliła coś waniliowego, specyficzny zapach rozchodził się błyskawicznie. Zwracała na siebie nim uwagę. W lewej dłoni trzymała z pozoru nic nieznaczący czarny pasek.

****

– Jezu! Jakie to wredne – pomyślałam, zmieniając pas według sugestii nawigacji. Nie znam tak dobrze ulic cholera, pewnie bym i dojechała bez pomocy GPSu, ale z pewnością dłużej by to trwało.

Na miejsce dojechałam bardzo szybko, więc zajęłam się książką, którą ze sobą zabrałam.

****

Potrząsnęła psią obrożą, gdy tylko zobaczyła jak wyszedł wraz z grupą innych zaocznych studentów z budynku. Bez słowa do niej podszedł i uklęknął w śniegu, aby ona mogła zapiąć na jego szyi obrożę.
Otworzyła drzwi od strony pasażera, a on w ciszy zajął miejsce.
Część studentów stała i patrzyła.
Kobieta spojrzała w ich stronę, uśmiechnęła się i pomachała do chłopaków po czym wsiadła i odjechała ze swoją zabaweczką.

****

– Bez kitu, zrobię ci kiedyś tak – powiedziałam z wyczuwalną nutą wredności i podłości w głosie.
– Urocze, ale nie ośmielisz się…
– Przekonasz się niebawem – powiedziała, a w tle warknął silnik i ruszyli w stronę domu.