Z okazji nabazgrania przeszło stu bajek postanowiłam zrobić coś, czego nie robiłam.

Mam „se” koleżankę, taką jedną wiedźmę, a wredna jest i okropna… chyba właśnie dlatego ją lubię. Uparła się, żebym jej napisała bajkę z dedykacją, a że ponoć jest dla mnie wyrocznią w sprawach uległości… to muszę być posłuszna i grzeczna, czyż nie?

Chociaż nikt nie powiedział, że nie można się podroczyć.

– Podoba mi się motyw sklepu z Michałami, zastanawiam się nawet nad szerszą koncepcją i „adaptacją” tego pomysłu – myśl pojawiła się jakoś popołudniu. Właśnie jechałam na rozmowę w sprawie pracy, na którą coś mi mówiło, że nie koniecznie to dobry pomysł. Swoją drogą rozmowa okazała się totalną porażką, bo kto „normalny” zaprasza siedem kobiet na tę samą godzinę i na dodatek spóźnia się 40 minut? No dobrze. Ale to nie jest takie istotne. Ważny jest pomysł jaki powstał w tak zwanym między czasie.

– Znaczy się będziesz coś pisać?
– Wiesz, mam dość bajek femdomowych. Chce napisać w końcu coś, co będzie mnie bawiło, ale zupełnie inaczej.

– Maledom ma być i to z dedykacja dla mnie.
– Tylko wiesz… Motyw jest fajny, ale wydaje mi się, że nie wyjdzie mi to tak jak powinno wyjść – starałam się zrobić dosłownie wszystko żeby bajkę napisała ona. Lubię. No co ja poradzę? Pochłaniam wszystko co wypełźnie leniwie z pod jej łapek. Nawet zasugerowałam, że poczekam grzecznie i cicho do środy rano… Ale usłyszałam tylko warkot starego trabanta i „nie prowokuj mnie”. Temat się skończył, a ja bidna zostałam zesłana na wygnanie do wordpressa w celu pisania bajki.

****

Niezbyt wysoka brunetka stała przed obrzydliwie starą kamienicą zastanawiając się czy wejść do ciemnej i śmierdzącej uryną bramy.

– Ten budynek z pewnością pamięta czasy drugiej wojny światowej – pomyślała uważnie przyglądając się fasadzie kamienicy z której, aż biła brudna czerwień gołych cegieł.

Tak. Z pewnością spodoba jej się takie miejsce akcji. Przecież lubi czerwony ;).

Obdrapane murki podpierane były przez młodocianych dziwnie spoglądających na przechodniów.
Żeby dostać się do sklepu, o którym tyle się naczytała w internecie musiała przejść przez to śmierdzące paskudztwo. Ogłoszenia na popularnych stronach o tematyce „nie dla każdego” sprawiły, że z dnia na dzień coraz silniej pragnęła rozejrzeć się w dostępnym asortymencie jak i porozmawiać z właścicielką sklepu z Michałami.
Któregoś dnia postanowiła odpowiedzieć na ogłoszenie. Tak właśnie skontaktowała się z właścicielką sklepu.

Idąc ciemnym korytarzem, który szumnie nazwany został bramą… a miał chyba z cztery kilometry! No dobra. Brama mogła mieć z 15-20 metrów. Ale powaga ciemności „sytuacji” sprawiała, że szło się i szło się i jeszcze dalej się szło…

Kobieta wyszła z bramy, a jej oczom ukazał się wysoki żywopłot i furtka przy której stał elegancko ubrany jegomość. Kątem oka zauważyła, że pod stara wierzbą, na podniszczonej ławeczce siedziało sześć starszych uprzejmych pań. Wyglądały trochę jak kury na grzędzie, które rozglądały się za smaczną sensacją uważnie obserwując otoczenie. Chociaż mogły się już przyzwyczaić do odwiedzających to miejsce kobiet. Jednak ta dzielnica ma najniższe ceny względem cen metra kwadratowego lokalu pod wynajem i to dodatkowo miało swój taki dosyć specyficzny klimat.
Brunetka lekko zaniepokojona widownią podeszła do mężczyzny stojącego przy furtce obrośniętej bluszczem.
– Ma pani ze sobą zaproszenie? – zapytał w ogóle nie przerywając patrzenia w ekran tabletu. Chyba coś czytał, a może w coś grał? Ciężko było stwierdzić. Facet był dużo wyższy od kobiety.
– Yyyy – wydusiła z siebie, nerwowo gmerając w czerwonej torebce. – Mam, proszę – podała mu wygniecioną kartkę A4 z wydrukowanym mailem od właścicielki sklepu.
– Hmmm, numer zamówienia 736 – raczył zerknąć na kobietę paskudnie się przy tym uśmiechając. – Długo czekaliśmy na ciebie.
Kobieta oblała się rumieńcem i poczuła się dziwnie. Jakoś tak… niepewnie? Nawet chyba coś w środku zaczęło się trząść, a coś innego szepnęło „uciekaj”.

Z okolic wierzby rozbrzmiał donośny śmiech.
– Pani się nie przejmuje! On do każdej, która przyjdzie tak gada.

****

Za furtką był zupełnie inny świat.
– Ta kobieta chyba lubi kwiatki – pomyślała uśmiechając się w duchu. Trochę się bała jadąc do obcego miasta, aby spotkać się z ta kobietą.
Ogród był spory, szła więc ścieżką kierując się wydrukowaną mapką i instrukcjami żeby się nie zgubić. Czasami mijała klimatyczne pary w trakcie zabaw. Czasami mijała pracowników.
Jej uwagę przykuł jeden z mężczyzn miał na sobie jedynie ogrodniczki, a do jednego z pasków przypięta była mała tabliczka z imieniem. Był nawet przystojny.

Kilka kroków dalej zza krzaków wyłonił się budynek. Niski biały dworek. Widać, że świeżo odnowiony, bo fasada lśniła bielą.
Kobieta weszła po schodach, na ganku już czekała na nią właścicielka.
– Przywitałabym cię chlebem i solą, ale uznałam, że to byłaby przesada. Niemniej jednak czuj się jak u siebie – mówiąc to kobieta pogładziła dłonią czuprynę czworonoga, którego trzymała na smyczy u swojej nogi. – Nie bój się, grzeczny jest – szybko dodała.
Faktycznie. Kundel wyglądał na groźnego. Wielki był i z oczu mu dziwnie patrzyło. No ale ostatecznie miał kaganiec na swoim psim pysku.
– Uroczy – zmusiła się do uśmiechu. – Co to za rasa?
– Kundel, przemielony razem z budą. Od pijaków tutejszych dostałam. Obstawiam, że to mieszanka malamuta i owczarka niemieckiego.
– Ładne ma oczy. Takie niebieskie – kobieta kucnęła na przeciwko psa, który okazał się bardzo przyjacielsko nastawiony do ludzi.
– Wejdźmy do środka. Omówimy szczegóły umowy i poznasz nasze propozycje.

Ciąg dalszy być może nastąpi 😉
Oczywiście z dedykacją dla Anny, która lubi czerwony kolor.