Obcy ludzie, obce ulice, obce miasto. Tak o to jestem, grzeczna z dobrego domu wywodząca się, nauczona pokory przez rodziców, którzy zawsze trzymali mnie pod swymi skrzydłami. Tak o to jestem, w nowym wielkim świecie. Świecie przepełnionym wrogimi spojrzeniami. Tak oto jestem, wyrwana z rodzinnego gniazda. Tak oto jestem. Przyjechałam.

Studia w nowym, obcym mieście. Wynajęcie mieszkania wraz z dwoma innymi dziewczynami z roku, które poznałam wcześniej. Też przyjezdne. Też oderwane świeżo z rodzinnej ziemi poza wielką aglomeracją, którą z pewnością jest ta okropnie cuchnąca Warszawa.
Musiałam pójść do pracy, aby nie nadwyrężać dobroci rodziców. Pracowałam praktycznie każdego dnia po zajęciach. Łapałam się wszystkiego co wpadało mi w ręce, a mimo to żyłam skromnie.

Nie lubiłam ani okolicy, w której mieszkałam, ani samego mieszkania. Źle spałam, ciągle śniły mi się abstrakcyjne wydarzenia. Ciągle śniła mi się brutalność. Budziłam się z krzykiem cała zlana potem, wystraszona… w szoku rozglądałam się po pomieszczeniu nie mając poczucia bezpieczeństwa. Często zastanawiając się gdzie jestem. Traciłam poczucie czasu.

****

Piątek wieczór, godzina 22.30 – okolice wynajmowanego mieszkania.

Miałam świadomość, że w mieszkaniu, które wynajmowałyśmy nikogo nie zastanę. Dziewczęta pojechały na weekend do swoich domów. Ja natomiast miałam jechać rano w sobotę. jakoś nie lubiłam jeździć nocą. Nocą się śpi, a ja bałam się zamknąć oczy w pociągu podczas podróży.

Jesienna plucha zmuszała wszystkich do zakładania coraz to cieplejszych ubrań. Ja w swoim płaszczyku dzielnie skręciłam w kolejną ciemną uliczkę, która prowadziła wprost do mojej kamienicy. Wystarczy wejść w bramę, w bramie odbić w lewo, wstukać kod otwierający drzwi i już po strachu.

Gdy weszłam do bramy zauważyłam, że drzwi są uchylone.
– Jak nic, pewnie sąsiad w kapciach ze swoim psem wyszedł na podwórko – pomyślałam wytężając wzrok, aby w odległości kilkunastu metrów w kompletnej ciemnicy zobaczyć zarys postaci sąsiada z naprzeciwka. Stał tam i jak zwykle palił papierosa.
– Dobry wieczór – krzyknęłam nie czekając na odpowiedź. Sąsiedzi byli typowymi tubylcami. Nie akceptowali nowych lokatorów.
Weszłam na drewniane schody, które skrzypiały przy każdym kolejnym ruchu. W powietrzu unosił się zapach starego suchego drewna. Złapałam dłonią za poręcz i wdrapywałam się po starych wydeptanych schodach na swoje piętro. Będąc na drugim piętrze usłyszałam głos dobiegający z piętra nade mną – z mojego piętra. Poczułam niepokój. Potem usłyszałam kroki. Ci, którzy byli na moim piętrze przenieśli się wyżej. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam dalej ku ostoi w wynajmowanym mieszkanku. Otworzyłam drzwi do korytarza, weszłam do środka po prawej stronie znajdowały się drzwi do trzypokojowego mieszkania. Stanęłam przed drzwiami, sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu kluczy.
Skrzypnęła podłoga na moim piętrze. Wystraszyłam się i spojrzałam w stronę drzwi na klatkę schodową.
Znalazłam klucz, wsadziłam go do zamka i przekręciłam drżącą ręką.

W tym momencie do korytarzu wpadł mężczyzna, zgasło światło, zostałam wepchnięta do mieszkania. Zatkał mi usta dłonią w skórzanej rękawicy, nawet nie było mowy o gryzieniu. Ciężarem jego ciała zostałam przyparta do ściany. Za nim do mieszkania wpadło jeszcze dwóch postawnych mężczyzn.
Ciemność jaka panowała w mieszkaniu i cisza powodowała, że jeszcze bardziej czułam paraliżujący strach.

Piątek wieczór, godzina 22.43 – wynajmowane mieszkanie, przedpokój.

Próbowałam się wyrwać spod ciężkiego ciała, odepchnęłam napastnika na kilka nieznacznych centymetrów. Wyrwałam usta z pod jego ręki. Krzyknęłam tak głośno na ile pozwalały mi płuca. Mój krzyk jednak nie trwał zbyt długo, tak jak nie pozwolił mi mój oprawca na zachowanie przestrzeni wokół mojego ciała.
– Stul pysk idiotko – wycedził przez zęby zbliżając twarz do mojej. Poczułam paniczny strach. Cała adrenalina odpłynęła, nogi miałam jak z waty. Kompletnie nie miałam już siły.
– Dwa pokoje zamknięte na klucz – krzykną jeden z nich plądrując mój pokój, którego nigdy nie zamykałam.
– Otwieraj – warknął. – Chcemy pieniędzy, a jeżeli ich nie znajdziemy… – mówiąc to wolną ręką złapał mnie za pierś i mocno ścisnął. Zadrżałam pod jego brutalną pieszczotą. Domyśliłam się, że jeśli nie dostaną pieniędzy to mnie zgwałcą. Ba… Moje myśli galopowały z prędkością światła. Tak oto jestem – ja, która swój pierwszy raz zaliczy w wyniku gwałtu zbiorowego.

Zrobiło mi się słabo, mdło. Rzucił mną spazm wymiotny. Napastnik mnie puścił chyba w strachu, że go obrzygam. Wykorzystałam moment i pobiegłam w prawo do kuchni. Pobiegł za mną. Z przerażenia nie byłam w stanie się ruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Mężczyzna sięgnął ręką w moją stronę, nawet nie miałam gdzie uciec, za mną był już tylko zlew i szafki kuchenne. Na kuchence stał czajnik. Złapałam za niego i z impetem rzuciłam w przeciwnika. Złapał. Szkoda.
Rozejrzałam się w popłochu. Szuflada! W niej znajdę nóż. Zagnana do rogu nie miałam jednak szans, aby się tam przedostać.

Piątek wieczór, godzina 22.50 – wynajmowane mieszkanie, kuchnia.

Uderzył mnie w twarz z taką siłą, że upadłam na kolana, a w oczach mi pociemniało. Złapał mnie za włosy i pociągnął. Bezwolnie musiałam się poddać temu ruchowi inaczej chyba by mi wyrwał wszystkie włosy jednocześnie, za które złapał. Ból z tyłu głowy był nie do wytrzymania. Złapałam jego rękę. Przyciągnął mnie do siebie. Biłam w jego czarną skóropodobną kurtkę lewą ręką w chaotycznym akcie bezsensownej już obrony. Wiedziałam, że i tak mnie zgwałcą. Zaczęłam się zastanawiać co zrobić aby to się skończyło jak najszybciej. Żeby zniknęli z mieszkania. Żeby ten dzień się już skończył. Co zrobić? Pustka w głowie. Pustka w sercu. Cisza, którą przerywał tylko stukot kropli deszczu uderzających o parapet.

Scena jak z horroru. Mętlik w głowie, ścisk w żołądku. Kręci mi się w głowie.

Piątek wieczór, godzina 23.57 – wynajmowane mieszkanie, kuchnia, stół.

Ocknęłam się przytrzymywana za wykręcone dłonie na plecach. Całe ubranie dalej miałam na sobie. Więc to jeszcze nie koniec koszmaru? Dlaczego? Chciałabym aby znikli.
– Weźcie co tylko chcecie, ale nie róbcie mi krzywdy – wyszeptałam zdając sobie sprawę jak bardzo przegrana jest moja pozycja.
– I tak weźmiemy – roześmiał się gromko mężczyzna, który trzymał mnie zniewoloną w upokarzającej pozycji.
– Chłopaki! Kończcie już, ta dziwka jest bardzo niecierpliwa. Czeka na wasze kutaski – krzyknął tak głośno, że cała kamienica go z pewnością słyszała. Łudziłam się nadzieją, że ktoś przyjdzie, że ktoś sprawdzi…
Nagle z pokoju obok, do którego drzwi zostały wyważone rozbrzmiała muzyka.
– Teraz to już nikt cię nie usłyszy głupia suko – mówiąc to sięgnął wolną ręką do guzika w moich spodniach chcąc mi je zdjąć. Nie wiedział jednak, że w ostatnim czasie schudło mi się trochę, więc spodnie nosiłam dodatkowo na pętelce z gumki. Szarpnął raz mocno i po zabezpieczeniu…
– To jak zaczynamy? Panna słoiczyca jest już gotowa. Zobaczmy jaki ma zapaszek – sięgnął dłonią między moje uda. Odruchowo je zacisnęłam nie chcąc kontaktu. – Eeee panowie, chyba mamy odczynienia z dziewicą. Pierdoloną cnotką niewydymką. My cię zaraz nauczymy. Przejdziesz przez bardzo dobrą szkołę miłości.

Sobota środek nocy, godzina 00.14 – wynajmowane mieszkanie, kuchnia, stół.

Wbił się brutalnie we mnie. Poczułam ból jakby coś rozrywało mi kroczę. Krzyczałam, płakałam ale ich to w ogóle nie obchodziło. Nie reagowali na prośby i na błagania.
Kilka ruchów i pierwszy już skończył.
– Och kurwa! – krzyknął. – Mówiłem, że to dziewica? Zobaczcie jak zalała się krwią!
– Ty, Franek. A może ona okres ma.
– Ty kurwa okres w życiu widziałeś?
– No.
– Chyba u swojej matki – wszyscy się roześmiali, gdy kolejny rozdzierał moje wnętrze brutalnymi i głębokimi pchnięciami. Po chwili zmienił zdanie.
– Ja też cię rozdziewiczę perełko – ból który poczułam przypominał rozcinanie żyletkami delikatnej skóry.
– Tyłek jej rozerwiesz i nic dla mnie nie zostanie kurwa! Nie bądź egoistą! – złapał drugiego trzeci za fraki i zepchnął ze mnie. Pierwszy w tym czasie buszował w lodówce. Wyjął z niej ogórka szklarniowego i marchewkę.
– Co ty kurwa Franek, na kolację sałatkę dziwce chcesz zrobić? – znów cała trójka wybuchła śmiechem.
– Otwórz pysk – rozkazał. Zacisnęłam usta i w tym samym momencie tego pożałowałam. Marchew wylądowała w moim tyłku. – Otwórz swój pierdolony ryj! – tym razem posłuchałam bojąc się, że ten ogórek wyląduje tam zamiast marchewki.
Wepchnął mi go po sam koniec gardła, odruch był oczywisty. Zwróciłam resztki obiadu na ceratowy obrus kuchennego stołu. Myślałam, że się udławię. Brakowało mi powietrza.

Sobota środek nocy, godzina 3.00 – wynajmowane mieszkanie, mój pokój, łóżko.

Cała zlana potem wyrwana z sennego koszmaru zerwałam się z pościeli. W popłochu rozejrzałam się po pokoju.
Nie! Koniec. Czas zmienić miejsce zamieszkania.