Chyba nie chciałam wierzyć w to co widziałam. Na kartce były napisane dwa zdania, które miały robić za niby scenariusz.

Zdaj się na mnie, wykonuj moje polecenia nawet jeśli będą wydawały Ci się kompletną abstrakcją. Po prostu mi zaufaj.

Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Zastanawiałam się czy on w ogóle wie co robi. Zaczęłam czuć niepokój. Nie chciałabym aby zrobił mi krzywdę… Stałam wpatrzona jak te ciele w malowane wrota wpatrując się w kartkę i po raz sama nie wiem który czytając te dwa zdania.

– Nie przejmuj się. Mamy się dobrze bawić.
– Ale ja już czuję się jak idiotka.
– Właśnie o to mi chodzi. Podnieca mnie to, podnieca mnie twój wstyd.

Oho… Koniec dyskusji? Nie! Nie chcę, ale kolejny raz nie wiedziałam jak się zachować, kompletnie zbita z tropu poddałam się, mimo tego, że nie wiedziałam czego on ode mnie oczekuje – zgodziłam się.

****

– Więc, czego chciałaś dziecino? – Dużo nie brakowało, a wybuchłabym śmiechem. Popatrzyłam najbardziej niewinnie jak tylko potrafiłam przy okazji próbując zachować poważną minę.
– Kazał mi psor tutaj przyjść po zajęciach. – Palnęłam pierwsze lepsze coś co przyszło mi do głowy. Zabawne… Nie przewidziałam inwencji twórczej mojego własnego przeobrażonego męża w coś tak wrednego i okropnego, że w sumie to nie wiem czy nie złożyć pozwu o rozwód z jego winy.
– No tak, twoja wychowawczyni wspominała mi, że przyśle kogoś do kozy.
Kozy? No pięknie, to żem się wpakowała. O ile będzie to polegało na kozie to znaczy oślej ławki to jakoś to wytrzymam. Co mi może grozić? Karna nauka wierszyka? Czytanie na głos Biblii?
– Dobrze Panienko – podjął po chwili – weź kredę do ręki i podejdź do tablicy. O tak ładnie. A teraz pisz. Jestem niegrzeczną dziewczynką, która zasługuje na karę. – Nie wytrzymałam. Zachichotałam pod nosem… I w tym samym momencie szczerze tego pożałowałam. Huk to pikuś przy uczuciu jakie towarzyszy silnemu uderzeniu drewnianej metrowej linijki w tyłek. Momentalnie jakoś odechciało mi się śmiać.
– Proszę wrócić do pisania. – Padło zza moich pleców. Bałam się aż odwrócić, a ciarki po moich plecach… Nie… to nie możliwe! Nie może mi się to podobać, to chore!
– A teraz, proszę przeczytać na głos to co napisałaś.
– Jestem niegrzeczną dziewczynką, która zasługuje na karę. – wyszeptałam przerażona.
– I?
Powtórzyłam to zdanie tyle razy ile razy zdążyłam je napisać, czyli całe trzy.
– Proszę napisać jeszcze siedem razy.
– Dobrze.

Gdy pisałam, czułam jak materiał mojej spódniczki lekko się unosił do góry. Okropne! Czułam, że się podniecam. Nie byłam w stanie tego zrozumieć. Nie potrafiłam? Nie. Nie chciałam. Marzyłam, aby to się już skończyło. Rodził się we mnie bunt. Skończywszy ostatnie zdanie, odwróciłam się, a moim oczom ukazał się mój mąż w stanie wysokiego podniecenia. Jezusie on jest chory! Byłam w szoku.

– Teraz proszę podejść do ławki, ale od tej węższej strony. Tak, właśnie tak. – Siłą zmusił moje ciało do zgięcia w pół. – Teraz proszę złapać się boków ławki. – Zrobiło mi się raptownie zimno. Wystraszyłam się. Nie wiedziałam co się stanie teraz. Czułam jak ciepło skóry wdziera się pod bawełniane figi, które kazał mi założyć i które właśnie zsunął aż do kostek. Poczułam jak szorstka skóra jego dłoni dotyka moich gładkich pośladków.
Zastanawiałam się jak mocno mnie uderzy czując chłód drewnianej linijki prześlizgującej się po skórze. Byłam przygotowana na ból, czekałam… Jednak linijka wylądowała tuż obok mojej prawej dłoni. Będzie mnie lał ręką? Boże! Nie chcę…
Usłyszałam za sobą znajomy dźwięk rozpinanej sprzączki paska. Zerżnie mnie – pomyślałam.

– Przypomnij mi zdanie, które pisałaś na tablicy. – Powiedział tak ochrypłym głosem, że nogi mi zmiękły.
– Jestem niegrzeczną dziewczynką, która zasługuje na karę.
– Tak, właśnie tak myślałem.

Przypomniało mi się dzieciństwo. Zdecydowanie mi się nie podobało. Krzyknęłam z bólu i upokorzenia mając przed oczami obraz ojca stojącego we framudze z pasem w ręku.
Uderzył mnie dwa razy, po czym wszedł we mnie niespodziewanie. Odpłynęłam.