Wczesne, jesienne poranki nie należały już do tych przyjemnych. Zdecydowanie brakowało im słońca, a zamiast tego tylko zimny wiatr zrzucał kolorowe liście z drzew.
Aleja, którą szła kobieta w ciemnym płaszczu do kolan, była gęsto obsadzona przez dorodne kasztanowce. Co jakiś czas słychać było jak z hukiem kasztany roztrzaskują się o krzywy chodnik.

– nie chcę tam iść – mówiła jakby sama do siebie.
– wiem, ale tam pracujesz, więc powinnaś – odpowiadał jej głos gdzieś z koron drzew.
– nie chcę, nie chcę na to patrzeć. Ona jest okropna – ciągnęła dalej kobieta.
– kto taki?
– ona, nawet nie wiem jak ma na imię. Nie mogę z nią wytrzymać.
– a czemu uważasz, że ona jest taka okropna?
– robi okropne rzeczy innym. Niby śmieszne, a jednak nie no ale postaw się w sytuacji tej osoby, której ona akuratnie wywija swój „żarcik”.

– co na przykład.
– widziałam jak wycierała podeszwy swoich butów o krzesło jednej z pracownic.
– to wredne.

– no właśnie. Nie chcę z nią pracować w jednym pokoju. To miejsce jest okropne, źle się tam czuje.
– jak to?
– Tam jest zimno. Wiesz… Nie chodzi mi o to, że jest niska temperatura. Atmosfera jest zimna.

Alejka dawno się już skończyła. Teraz kobieta stała przed wielkim oknem jednego z budynków kwiatu PRLu i przyglądała się innej, która właśnie wygłupiała się trzymając w ręku wieszak na ubrania. Wielkie okna, przysłonięte były żaluzjami, ale widać było wszystko jak na dłoni, mimo tego, że szyby pierwszej świeżości nie były. Zaschnięte brudne krople deszczu tworzyły wzór, który hipnotyzował. Kobieta oparła jedną nogę o parapet, pogrzebała w torebce wyciągając z niej paczkę papierosów.
Słońce opierało swe promienie o jej ciemny płaszcz przyjemnie grzejąc plecy jakby głaszcząc promieniami od karku, aż po same pośladki. Fale ciepła słonecznego były tak przyjemne, że żal jej było wchodzić do miejsca pracy.

– denerwujesz się – zapytał głos.
– i tak i nie. Nie chcę tam iść. To kolejny dzień, kolejny poniedziałek, kolejne pięć dni, które będę musiała się przemęczyć z nią! No popatrz tylko na nią. Siedzi teraz dupą na moim biurku, a nogi trzyma…
– no widzę właśnie.
– no właśnie. Zrób coś z tym. Proszę.
– będzie dobrze, zobaczysz. Ale uważaj na siebie.

Kobieta skończyła swojego papierosa i skierowała się do wejścia. W recepcji okazując przepustkę została wpuszczona do wnętrza budynku.
Została sama. Nie lubiła zostawać sama.
Miała wrażenie jakby głos, z którym rozmawiała był czymś na wzór Anioła Stróża. Takiego serdecznego Przyjaciela, który chronił ją przed złem całego świata, a przede wszystkim przed nią samą.

****

Korytarz, którym szła aż prosił się o remont. Farba miejscami odchodziła płatami.
– można by było nakręcić dobry film grozy – pomyślała. – Akcja mogła by się dziać w psychiatryku. Niezrównoważone pannice, uparte i rozhisteryzowane. Może nawet ze skłonnościami samobójczymi? Takie… Nie myślące racjonalnie. Ubezwłasnowolnione. Bezwstydne. Nadawałabym się do roli pierwszoplanowej ze swoim wewnętrznym głosem podświadomości. Oj tak, zdecydowanie bym się nadawała.
Kobieta skręciła w prawo. Przeszła szybkim krokiem obok starych wind. Zimno. Tutaj jest tak zimno – myślała. Po chwili skręciła w lewo.
Stała teraz przed obdrapanymi drzwiami do sali, w której pracowała. Otworzyła drzwi. W pokoju zapadła niezręczna cisza.

****

Cisza była nie do zniesienia. Kobieta powiesiła płaszcz na wieszaku w kącie sali. Swoje kroki skierowała w stronę swojego stanowiska pracy.
Oprawczyni, nadal radośnie siedziała tyłkiem na płycie jej biurka. Zakurzone i ubłocone kozaki trzymała na jej krześle.
Kobieta spojrzała na siedzisko – było siwe od brudu. Odwróciła się, zabierając tylko ramkę ze zdjęciem z blatu mebla i skierowała swoje kroki w stronę wolnego biurka.
Przez chwilę zajęta pracą, nawet nie zauważyła, że kobieta zapadła się pod ziemie.

Dopiero szelest foli zwrócił jej uwagę. Zaciekawiło ją to, więc wstała z krzesła i poszła za dźwiękiem. Podeszła do swojego biurka i zobaczyła tą kobietę, której tak się bała i której tak nienawidziła. Leżała pod biurkiem, miała rozchełstaną elegancką koszulę. Jej skóra świeciła w słońcu naznaczona stróżkami krwi. Kobieta trzymała kolejną igłę i właśnie zamierzała ją wbić w swoje ciało.
– co ty robisz? – zapytała, ale kobieta pod biurkiem tylko spojrzała na nią pustym wzrokiem. Bez blasku, bez radości… puste i matowe spojrzenie.
Przyglądająca się jej kobieta była przerażona tym co widziała. Obserwowała jak zadawała sama sobie ból, który nawet nie wywoływał na jej twarzy chociażby cienia emocji.
Kobieta wręcz czuła to uczucie gdy igła przebijała jej skórę. Odczuwała to szczypanie i ciągnięcie tkanek pod skórą, gdzieś z tyłu głowy. Była w szoku, nie mogła się poruszyć.

Skrzypnęły drzwi.
Do pokoju weszła para. Wysoka kobieta ubrana bardzo elegancko, nawet za elegancko jak na takie miejsce. Towarzyszył jej, równie wysoki mężczyzna w stalowym garniturze.
Para podeszła do biurka, mężczyzna złapał leżącą pod nim półnagą kobietę za rękę i brutalnie pociągną. Złapali ją za nadgarstki i siłą wywlekli z pomieszczenia, a ta bez sprzeciwu pozwalała się ciągnąć po chropowatym chodniczku.

Kobieta patrzyła z niedowierzaniem jak tamta znika w drzwiach. Podeszła do drzwi i chwilę obserwowała jak para oddala się ze swoją zdobyczą korytarzem.
– nagrabiła sobie. Dopiero teraz pozna czym jest prawdziwy ból, ale jakoś jej nie współczuje. Chciała to ma – usłyszała gdzieś zza pleców kobiecy głos. Przetarła lekko wilgotne oczy wierzchem dłoni.
Tego już było za wiele. Postanowiła, że więcej nie wróci w to miejsce.