Znów czerwień. Znów ta hipnotyzująca czerwień. Zdecydowanie nie lubię już tego koloru.
Wnętrze klubu bardzo surowe, cegły pomalowane były na kolor czerwonego wina. Zapach był jaki panował w piwnicy był bardzo dziwny. Wyczuwałam mieszankę słodkiego zapachu frezji z czymś pikantnym tuż obok wilgoci. Ludzi było niewiele. Towarzystwo mieszane. A w mojej głowie brzmiały dwa słowa – public disgrace.

W jaki sposób chciał mnie publicznie upokorzyć? Co przygotował? Czego oczekiwał? Pytania sypały się na moją zbolałą głowę. Nie byłam w stanie myśleć kiedy padło polecenie abym zdjęła sukienkę, dalej będąc w transie bez mrugnięciem oka zrobiłam to czego chciał.

– a teraz moja droga, stań w rozkroku – sznur? Skąd? Dlaczego moje ciało szuje lniany sznur? Boże… nie, proszę. Nie. Nie miałam tyle siły w sobie aby powiedzieć to głośno, aby się sprzeciwić. Ale czy chciałam się sprzeciwić? Kochałam to. Kochałam gdy mnie upokarzał zadeptując przy tym moje ego, kochałam gdy zadawał mi psychiczny ból. Czułam się w tedy… No właśnie jak? Gorsza? Jakbym była niczym, jakbym była nędznym robalem na jego drodze. Prozaiczne. Ale to dawało mi spełnienie, to dawało mi radość i satysfakcje. Abstrakcyjnie rzecz ujmując budowało mnie psychicznie. Chore? Ależ owszem. Cała ta zabawa nie jest normalna. A ja nie, po prostu… Mnie się to już nie podoba. Ja to znam i nie będę następna, która szuka choć wie, że labirynt jest wszędzie zamknięty. W ogrodzie moich pragnień… teraz śnie, to tylko moja zmęczona wyobraźnia tylko, że to właśnie zdarza się na prawdę. Ale czy… gdyby tak… móc jeszcze raz czy zrobiłabym tak samo? Odejdź już, zostaw mnie. Nie chcę. Nie chcę tych ogrodów pełnych kwiatów… kwiatów moich pragnień. Moich pragnień jak po deszczu… Boję się ich, nie chcę ich.

****

Rzeczywistość była zgoła odmienna i o to stałam z prostym węzłem obwiązana. Karada oplatała moje ciało. Pajęczyna lnianego sznura, którą czułam przy każdym poruszeniu się. Zupełnie zapomniany plug i kulki, które miałam ciągle w sobie zaczęły dawać o sobie znać. Przy każdym ruchu czułam rosnące podniecenie.

– to co mi robisz jest okrutne – wyszeptałam.
– wiem, ale tego pragniesz, więc ja ci to dam.

Jego wzrok był mylący. Tyle ciepła i troski. Nie wiedziałam co mam robić. Czułam się zagubiona, mając w głowie dwa słowa – publiczne upokorzenie. Już mnie upokorzył zabierając tutaj i rozbierając na oczach bramkarza.
Planował właśnie mnie wprowadzić na dużą salę w samym staniku i lnianym sznurku. Wredna Szuja.

Na dużej sali panował pół mrok, atmosfera była ciężka. Byłam przerażona. Wszyscy się na mnie gapili. Jakiś facet stojący przy barze wskazywał na mnie palcem. Komentował coś wraz ze stojącymi dwoma kobietami. Nagle wybuchnęli śmiechem.

Zmusił mnie do uklęknięcia. Coś potwornego… Kilka osób podeszło. On wtedy postanowił, że wsadzi mi w usta knebel, czerwona gumowa piłka z jakimiś paskami, które zapiął z tyłu mojej głowy. Jakiś obleśny facet pchał swoje obleśne łapska w moim kierunku. Chciało mi się krzyczeć. Wyrywałam się, chciałam wstać i uciec. On mnie trzymał. Z oczu popłynęły mi łzy.

****

– no już. Ciiii, to tylko zły sen.

Zły sen. Zły sen. Dwa słowa rozbrzmiewały w mojej głowie.
– to tylko zły sen – powtórzyłam za Nim.
– już wszystko dobrze, jestem tu. Nic ci ni grozi. Spokojnie.
– spałam? To tylko koszmar…
– spałaś i gadałaś przez sen. Jak zwykle z resztą.
– kiedy zasnęłam?
– w taksówce. Obśliniłaś mi spodnie. Nie chciałem cię budzić.
– a twój znajomy?
– Przemek?
– mhm
– zawiozłem go pod klub.
– aha
– byliśmy umówieni na kręgle.
– ah… kręgle.

Przytuliłam się do swojego ukochanego Pana i po chwili znów usnęłam. Czując się bezpiecznie bo pod Jego opieką.