Widok kobiecej kotki go absorbował. Gapił się tak bardzo… no gapił się tak nieznośnie, że aż przeszkadzał mi Jego wzrok prześlizgujący się po moim ciele.
Przechyliłam głowę i jak kot Simona pokazałam gestem, że jestem głodna.
Kozaki zaczęły być uciążliwe, miałam ochotę połazić trochę na czworaka zapominając, że czasy piaskownicy już dawno minęły, te czasy kiedy to będąc dzieckiem, człowiek nie zastanawiał się czy robi coś głupiego czy też nie. Cieszyłam się formą zabawy, miałam tyle pomysłów jak uprzykrzyć Mu życie, że aż zacierałam ręce nie mogąc się doczekać kiedy to mój niecny plan zostanie wcielony w życie.

Podeszłam najciszej jak tylko umiałam, na samych paluszkach tak aby nie uderzyć obcasem o posadzkę i się nie zdradzić.
Wpatrywał się w zawartość swojej lodówki. Kucnęłam tuż obok Jego nogi i zaczęłam się ocierać bokiem radośnie szorując wypukłymi prętami mojego nowego gorsetu po jego gołej skórze. Uwielbiałam gdy chodził po mieszkaniu w bokserkach.
– psik! To nie jest przyjemne.
– a czy ktoś powiedział, że posiadanie kota jest przyjemne?
– koty nie gadają.

– chyba nigdy nie miałeś kota.
Faktycznie może i koty nie gadają, ale komunikują się z człowiekiem jak czegoś chcą. Upominają się o pieszczoty, upominają się o jedzenie, a nawet domagają się wypuszczenia za drzwi mieszkania, potrafią się nawet pochwalić zrobieniem grubszej sprawy w kuwecie i domagać się aby w trybie natychmiastowym człowiek posprzątał jego kibelek… bo mu nie pachnie.

Wyciągnął w końcu jakąś konserwę.
– mam nadzieję, że lubisz tuńczyka.
– ble…
– w zamrażalniku mam jeszcze kurczaka. Ale zanim ta bryłka lodu się rozmrozi… – Mówiąc to właśnie odlewał olej z puszki. Samo mięsko przełożył na spodeczek. Znowu spodeczek?
– myślałam, że już to przerabialiśmy. Daj mi zjeść normalnie.
– nie widziałem żeby kot posługiwał się sztućcami i jadał przy stole.
– czemu Ty musisz utrudniać mi aż tak życie?
– ja? Tobie utrudniam życie? Zacznij się bawić akceptując zasady, a nie wymyślasz sobie problemy.

Ok. Ja wymyślam problemy? Dobrze…
Nic sobie nie robiąc z wielką odrazą wykonałam ruch dłonią jakbym chciała zakopać rybę wraz ze spodeczkiem, na którym mi ją podał. Odwróciłam się i odeszłam z nosem wysoko zadartym.
Tak! Właśnie tak koty zachowują się jak nie podoba im się to co im dajesz do jedzenia. Jak zgłodnieją to i tak zjedzą… ale fakt obrażenia się na Właściciela był faktem nie do podważenia.

Wlazłam w butach na jego ulubiony skórzany fotel. Patrzyłam jak cierpi. Po chwili patrzenia mu w oczy zacisnęłam pazurki na oparciu i zgrabnie przeciągnęłam dłońmi w dół. Skórce się nic nie stało oczywiście, ale warto było patrzeć na Jego reakcję. Przerażenie malujące się na Jego twarzy było… hmmm – zacne. Wyglądał jak dzieciak, któremu inny starszy dzieciak właśnie wyrwał brutalnie z rączki kolorowy balonik albo zabawkę.

Zwinęłam się w kłębek.
On stał w drzwiach i obserwował, bawił się trzymanym w ręku dziwnym breloczkiem.
Przekręciłam się na plecy zwieszając nogi przez podłokietnik. Ostrożnie, żeby nie zaczepić obcasem o skórę świętego tronu bo chyba by mnie zatłukł gdyby coś się stało ze skórą. Zabawa zabawą, ale fotel zawsze był święty.

Coś czerwonego przemknęło po ścianie. Reakcja była natychmiastowa, aż cała się obróciłam za kierunkiem ruchu małego czerwonego punkcika prawie spadając przy tym ze świętego fotela. Od upadku uchroniły mnie jedynie moje paznokcie i refleks. Niestety… Fotel nie miał tyle szczęścia co ja i oczom moim ukazały się trzy paskudne rysy na skórce.
Sama do siebie głupkowato się uśmiechając pomyślałam szybko, że jak posmaruje się to to jakimś mazidłem do konserwacji skóry to jest szansa, że nawet nie zauważy.

Czerwone coś znów się pojawiło, odwracając moje myśli od konserwacji świętego tronu mojego Właściciela.
– reagujesz jak kot.
– co? Na co?
– na wskaźnik laserowy.
– uh.
– no co byłem ciekawy. – Roześmiał się i podszedł do mnie. Położył swoją szeroką dłoń na mojej głowie i przeciągnął od czubka głowy aż po wystającą kitę z pod moich leginsów.
Żeby kita wystawała musiałam zrobić w nich dziurę… Miałam u Niego kilka ciuchów, więc nie był to jakiś większy problem no i nie specjalnie lubiłam chodzić w leginsach, więc skrupułów nie miałam.
– chce mi się siusiu. – Powiedziałam cichutko.
– miałem nadzieję, że to powiesz. – Roześmiał się. – Chodź mam dla Ciebie niespodziankę.

Stanęłam jak otępiała. Gapiąc się jak ciele na malowane wrota… Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Widok zapierał dech w piersiach i przyprawiał o mdłości.
Na środku łazienki stała kuweta! Wypełniona w jednej trzeciej żwirkiem silikonowym. Prawidłowo, znów musiałam przyznać, że się postarał.
Spojrzałam się wściekła na P.
– nie no daj spokój. – Powiedziałam z rezygnacją i nadzieja jednocześnie. On tylko się roześmiał. – przecież ja nawet… Szybciej nasikam Ci na podłogę, bo nie trafię do tak małej kuwety.
– trafisz. – Zapewniał, gładząc mnie po włosach.
– oszalałeś. Zapomnij. Nie zrobię tego. – Znów się roześmiał.
– mam dla Ciebie coś jeszcze, ale wpierw zrobisz to czego ja chcę.
– uh. – Parsknęłam pod nosem.
– później będzie czas na przyjemności.
Parsknęłam pod nosem po raz drugi tym razem z wyczuwalnym wielkim oburzeniem i niezadowoleniem. Podeszłam do kuwety. Obejrzałam ją z każdej możliwej strony.
Ściągnęłam leginsy, zabrałam kitę wystającą z tyłka i najnormalniej w świecie się wysikałam. Nie było w sumie tak trudno. Już chciałam wstawać gdy straciłam równowagę. Obcasem zahaczyłam o ściankę kuwety, ta się poderwała i żwir wysypał się na podłogę łazienki. Razem z tym czystym żwirem poleciał również ten zabarwiony na żółto.
Nie wytrzymałam, śmiech prawie rozerwał mi usta nagłym wybuchem.
– no to masz co sprzątać kotku. – Uśmiechnął się słodko.
– widziałeś kiedyś kota, który sprząta rozsypany żwirek? – Wstałam i wszyłam z łazienki jeszcze się śmiejąc. Cóż kto mieczem wojuje ten od miecza ginie.

Minęłam Go w drzwiach. Był w szoku. Jeszcze do niego nie dotarło w co się wpakował dając mi możliwość bycia kotem, dał mi możliwość do tego abym była wredna, złośliwa i okropna. Zupełnie taka jaki momentami był On sam wobec mnie.
Muszę mu podziękować za te antydepresanty, faktycznie mają wielką siłę twórczą. Ale obawiam się, że to będzie towar bardzo rzadki, może nawet będzie on na kartki jak mięso czy cukier w czasach PRLu. O ile w ogóle zostanie dopuszczony do sprzedaży.

Zostawiłam Go z tym żwirkowym problemem. Dumna z siebie poszłam się wylegiwać na święty fotel, ukradkiem zabierając ze sobą niewielki słoiczek czarnego mazidełka.

Gdy Właściciel sierściucha pojawił się w drzwiach od pokoju, w którym siedziałam… Jego wyraz twarzy nie wróżył niczego dobrego.
– mam dość. – Powiedział.