Budząc się rano miałam dziwne przeczucie, że ten dzień będzie inny. Tylko dlaczego?
To był jeden z zimowych poranków, kiedy otwierając oczy ma się świadomość, że słońce jeszcze nie wstało… a kiedy wracało się z pracy miało się świadomość, że słońce już dawno zaszło.
Każdy dzień przyprawiał o mdłości. Każdy kolejny dzień pogłębiał moją depresję. Potrzebny był mi solidny kop w tyłek albo antydepresant o dużej mocy twórczej. Tak. Zdecydowanie bardzo dużej mocy. W sumie to miałam ochotę rzygać tęczą. Mogłabym pojechać do kumpeli. Kilka tygodni temu sprawili sobie szczeniaczka. Ale wizja pogryzionych moich zajebistych czarnych kozaków zdecydowanie nie była w tęczowych barwach.

Oczywiście. Nie mogłam się powstrzymać i pochwaliłam się Mu swoim podejrzeniem depresji wywołanym brakiem słońca. Co zrobił? W zasadzie nic. Kazał mi przyjechać. Więc ruszyłam swoje cztery litery do szanownego P.

****

– cześć kotku. – Przywitał mnie w drzwiach ze słodkim uśmiechem. – Mam pomysł na Twój antydepresant.
Jego uśmiech mnie niepokoił. Zawsze się tak uśmiechał gdy próbował forsować granice mojej tolerancji na wszelkiego rodzaju nowości.

– co masz na myśli? Kupiłeś moje ulubione wino i chcesz mnie spić, a później zgwałcić? – zapytałam zadziornie.
– oj kicia. Oboje wiemy, że to nie byłby gwałt. – Jego słowa coraz bardziej mnie niepokoiły. – Zresztą powinno Ci się to spodobać. – Teraz to zaczęłam się bać. Zawsze mówił tak, kiedy próbował zrobić coś czego się bałam… Widząc moje przerażenie pociągnął temat dalej. – Pet play – rzucił, wiedział że nienawidzę tej zabawy – kot – dodał szybko. W sumie kot nie byłby taki zły. Tylko jak się w to bawi?
– nie lubię. Nie lubię udawać zwierzaków. Dobrze o tym wiesz. Wiesz też, że powiem nie.
– co Ci szkodzi spróbować? To nie jest rola psa. Pamiętaj o tym.

No tak. Ciężko porównywać tresurę psa do wychowywania kota. Przecież koty w ogóle inaczej się zachowują niż psy.

– no dobrze. Ale jeśli mi się nie spodoba…
– tak wiem. To na wstępie. Zostajesz w tych leginsach i zostajesz w kozakach.

No dobrze. Oby nie kazał mi łazić na czworaka, bo się kozaczki poocierają i nie będą już takie ładne.
– miałem Ci to dać na urodziny… ale skoro jest okazja wykorzystać to czemu nie. – Podał mi pudełko formatu A3. Otworzyłam szybko, ciekawość mnie zżerała. W środku… o kurczę!
– jest piękny!
– wiem. Ściągaj to wszystko z siebie. Załóż go, chcę Cię w nim zobaczyć!
Musiał mi pomóc ze ściągnięciem tego ustrojstwa. Materiał w dotyku był śliski i świetnie się układał na moim ciele wyszczuplając to i owo. Tęcza zaczęła mi podchodzić…
– spójrz – Postawił mnie przed wielką szafą w przedpokoju z lustrzanymi suwanymi drzwiami. – Tak wygląda moja kotka. – Szok. To co widziałam… to w zasadzie zupełnie inna kobieta. Kawałek pieprzonego drucika, kawałek ładnego połyskującego materiału i jeszcze mniejszy kawałek pieprzonej czarnej koronki… Widział jak mi się świecą oczy. Dał mi chwilę abym się napatrzyła, wrócił po chwili wręczając mi kolejną niespodziankę. Zajrzałam do torebki. W środku była opaska z kocimi uszami. Parsknęłam śmiechem.
– no chyba żartujesz.
– nie. Ogon też mam dla Ciebie… a w zasadzie to kitę.
Gdy pokazał mi plug z pół metrowym kocim ogonem nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać z przerażenia.
– o nie. Nie wsadzisz mi tego w tyłek.
– masz rację. Nie wsadzę.
– to dobrze… – odetchnęłam z ulgą.
– sama to zrobisz.
– nie!
– i to na moich oczach.
– a jeśli odmówię?
– i tak wiem, że to zrobisz. Może nie w tej chwili, ale zrobisz. – Patrzyłam na niego jak na wroga numer jeden. Jak na najgroźniejszego przestępcę, ściganego listem gończym… Ale wiedziałam, że miał rację i on też to wiedział. Inaczej. On był pewny. – Przecież oboje wiemy, że to tylko kwestia czasu i dobór odpowiednich słów.
– nienawidzę Cię!
– wiem.
– jesteś wredny.
– dziękuję za komplement. A teraz uszy i ogonek. Już.
Prychnęłam pod nosem.
– no widzisz już Ci się udziela atmosferka. Tylko nie wczuwaj się za bardzo w rolę. Nie chciałbym Ci skracać pazurków.

Po chwili w pełnej charakteryzacji stałam przed lustrem i podziwiałam nosek namalowany kredką do oczu. Usłyszałam dzwoneczek tuż za sobą. Nie poruszyłam się.
– wiesz moja droga. Kotki, zwłaszcza te chodzące własnymi drogami z możliwością spacerowania poza domem dostają takie seksi obróżki z dzwoneczkiem. – Miał w ręku kawałek aksamitnego czarnego materiału z różową kuleczką. No nie powiem… Postarał się.

Trzeba przyznać, że całkiem zgrabnie to wyglądało. Całkiem ponętnie. Tylko ten plug… nie byłam przyzwyczajona do tego specyficznego uczucia wypełnienia, ale kita była fajna.

– kici, kici. – Zawołał. Więc poszłam… co miałam stać i gapić się bezsensownie w lustro? Był w kuchni. Na blacie obok zlewu widziałam butelkę mleka. Rozejrzałam się uważnie, bałam się że zobaczę jakiegoś kitekat’a, rybę albo nie daj boże wątróbkę surową! Chyba bym wydrapała mu oczy, gdyby chciał mnie do tego zmusić. Na jego szczęście niczego takiego nie zauważyłam.
Mleko na moich oczach nalał na spodek!
– no chyba żartujesz?
– nie.
– nie będę piła ze spodeczka! Chyba, że… Nie, nie będę piła ze spodeczka!
– nic innego nie dostaniesz.
– uhh
Wyszedł z kuchni. Wyjrzałam za nim i już pakowałam usta w butelkę…
– psik!
– uhh…
– nie dla psa kiełbasa i nie dla kota spyrka. – Roześmiał się i rzucił w moją stronę niewielki kłębek wełny.
– no dobrze.
Postanowiłam jednak osiągnąć tęczę. Wyzbyłam się uprzedzenia i zaczęłam się bawić całą tą sytuacją.
Machnęłam dłonią i zrzuciłam solniczkę ze stołu słodko przy tym miaucząc. Pochyliłam się nad spodeczkiem, umoczyłam nos, sięgnęłam językiem kilka razy. Oj bardzo nieekonomiczne picie. Kilka razy machniesz jęzorem a pić chce się dalej… Bardziej się zmęczysz machaniem jęzorem niż napijesz. Więc? Postanowiłam mleko ze spodeczka wylać. Rozlało się ono po blacie stołu. Radośnie zaczęło ściekać z niego, więc podstawiłam otwarte usta. Mleko ściekało mi po brodzie i po szyi.
Wredny właściciel złośliwego sierściucha postanowił dolać mleka prosto z butelki.
– brudasie! Nie pozwolę Ci spać nawet w moich nogach w takim stanie.
Popatrzyłam na Niego.
– meow! – Przetarłam wierzchem dłoni po swoich cyckach, rozbawiona jego reakcją, dłonią pogładziłam włosy. Po chwili zlizałam z niej starte mleko.
Tęczo! Nadchodzę!