Mrok, wilgoć, smród zgnilizny. Głosy. Tylko głosy słyszę.
Ostre światło razi w oczy, które dopiero co zostały odsłonięte. Blask żarówki nie pozwala zarejestrować mi gdzie jestem. Szok, strach i panika. Trzęsę się ze strachu, usilnie starając się wyrwać z więzów. Bezlitośnie metal wrzyna się w skórę przy każdym najmniejszym poruszeniu. Mocno zaciśnięte kajdanki na moich rękach przytwierdzonych do jakiejś pieprzonej rury.
Mrok, wilgoć, smród zgnilizny. Głosy, coraz więcej głosów. Trzech mężczyzn i jedna kobieta. Poznaję ją. Piskliwy świergot blondyneczki.
– NIEEEEEEE! – drę się ile mam powietrza w płucach, w bezradności znów budzi się panika. Nie wiem… nie chcę wiedzieć co się stanie.
– co kociaczku? Strach ptaszynkę obleciał? – Uwodzicielski niski ton, któregoś z panów, przypominał mi barwę głosu mojego współlokatora. Szok, adrenalina uderzyła do mojej głowy. – Nauczę cię posłuszeństwa i pokory. – Jego słowa rozbrzmiewały w mojej głowie echem obijając się od skomplikowanego kształtu mojego rozumu.

Drżałam. Panna piskliwa nachyliła się, jej warkocz prześlizgnął się po moim ciele. Szczerze jej nienawidziłam.
Strach. Muszę opanować strach, postawić się albo poddać, wygrać albo przegrać wszystko. Już teraz było mi wszystko jedno. To wszystko to jakaś abstrakcja…

– dlaczego zaatakowałaś Karolinę?
– bo zasłużyła – syknęłam pełna jadu i złości w stronę blondyneczki. W nagrodę złapała mnie za pierś i mocno ścisnęła. Ból był duży, ale wytrzymałam. Więc blond suka wbiła mi pazury w skórę. Wydarłam się. Warknęłam niesiona falą bólu – zasłużyła, za dużo gadała. – Dostałam w twarz.
– co takiego powiedziała, że aż musiałaś zareagować agresją?
Nie odpowiedziałam, zacisnęłam zęby czekając na ból, który nie nastąpił.
– myślałam, że już mamy za sobą twój bunt, że nauczyliśmy cię posłuszeństwa i pokory.
– mówiłem, że nie będzie z nią łatwo. – Usłyszałam gdzieś z przed siebie, prosto z mroku. Rafał miał świetny widok. Unieruchomili mnie na fotelu ginekologicznym.
Musieliśmy przebywać w nieużywanym już skrzydle ginekologiczno-położniczym. Nie wiem jak duża była sala, w której mnie przesłuchiwali… Marzyłam, żeby się to skończyło.

Blondynka odeszła aby za chwilę powrócić z kawałkiem wilgotnej szmaty, którą bez skrępowania położyła mi na twarzy. Polała się woda. Brakowało mi powietrza, myślałam że się uduszę… a może raczej utopię? Dała mi zaczerpnąć powietrza, po chwili znów nałożyła mokrą szmatę. Całą twarz miałam mokrą więc nie widziała jak z moich oczu popłynęły łzy bezsilności… Zobojętnienie? A niech mnie zabiją. Mam dosyć!

– jak się nazywasz? – Padło szorstko gdzieś z głębi mroku, gdzieś poza zasięgiem światła.
– Maria Anna Kozienicka – odparłam szybko.
– bzdura! – Odezwał się Rafał. – Ona nazywa się Karolina Magda Kolec. – Nie, nie mogłam słyszeć tego szeptu między Rafałem, a blond suką. – Ale proszę spojrzeć panie Rafale – zaćwierkała barbie – tutaj mam jej akta.
– to nie są jej akta. Przecież znam ją. To jakaś pomyłka. – Powiedział nieco głośniej.

– jak się nazywasz?
– Maria Anna Kozienicka – wyszeptałam zmęczona kolejną próbą utopienia.

Rafał stał między moimi udami.
– nigdy nie dbałaś o swoje kroczę. – Zapalił zapalniczkę, zbliżając ją niebezpiecznie do mojego łona. – Włosów już na głowie nie masz, w sumie to nawet nie wiem dlaczego. Wyglądasz jak chłopczyk. A małych chłopczyków gwałci się analnie. Podoba Ci się mój pomysł?
– nie.
– więc jak się nazywasz? – Nie wiem czy to adrenalina, czy szok tego co widziałam i co czułam. Ciepło ognia na wewnętrznej stronie moich ud…
– Maria Ann… – urwałam, gdy Rafał złapał za włosy na moim łonie i pociągnął, krzyknęłam. Zamknęłam oczy. – Karolina, mam na imię Karolina. – Wykrzyczałam przez łzy.