Musiałam długo spać. Agresja jaka pojawiła się we mnie wcześniej już uleciała.
Otworzyłam oczy. Ledwo się mogłam ruszyć. Usiadłam na piętach, mając okazję rozejrzeć się po miejscu, w którym mnie zamknięto.

Naiwnie obróciłam głowę, łudząc się, że cokolwiek zobaczę. Na co ja liczyłam? Sama nie wiem. Wbiłam wzrok w miejsce, gdzie powinnam widzieć własne dłonie wsparte na posłaniu.

Agresja, agresja, agresja!

Czułam jak gniew we mnie wzbierał. Idiotyzm sytuacji, nieprawdopodobna sytuacja – totalna abstrakcja! Agresja, abstrakcja i znów agresja.

W głowie mi się aż zakręciło.

– niech stanie się jasność. – Zaszczebiotała blond cizia odziana w skórkowe kozaczki. Ten jej ćwierkający cienki głosik aż wwiercał się w mózg, oczywiście bez znieczulenia.

Drzwi z hukiem uderzyły o ścianę, aż tynk spadł na posadzkę. Blond cizia była w obstawie tym razem 4 panów byków. Czyżby się mnie bała platynowa świnka? Już oczyma wyobraźni widziałam ją w różowym wdzianku i z równie różowym zakręconym ogonkiem wetkniętym w jej blady, aż do przesady tyłek.

– co tam misia. Wyspała się moja malutka pupilka? – Co jest kurwa? 180 stopni zmiany od wcielonego diablęcia do okrytej puchu białych piór obłudą ociekającą? Co się dzieję, ja pytam grzecznie.
– bywało lepiej. Daj mi wody.
– poproś.
– Twoim obowiązkiem jest dopilnować, abym nie zdechła z pragnienia. Więc daj mi wody. – Chyba przegięłam z wyrażaniem swoich praw, patrząc na płomienny kolor skóry platynowej cizi.
– uwierz mi. Prędzej sama się pozbawisz życia niż zdechniesz z pragnienia. Carl.

Zawołała byczka, ten pośpiesznie podszedł do mnie i złapał za ramiona opierając swoje kolano między moimi łopatkami.

– otwórz ryj. – Powiedziała blond cizia.
– ani mi się śni. – Warknęłam przez zęby.
– Carl?

No i wszystko jasne… Otworzyłam. Ale tylko dlatego, że jego kolanko wbijało mi się między łopatki. Skurwysyn trzymał mnie mocno za ramiona ciągnąc do siebie.
Wtedy dziwna ciesz popłynęła moim przełykiem. Nie wiem, nawet nie chcę się zastanawiać co to było.

– śmierdzisz. Trzeba Cie wykąpać.

Dwóch innych podeszło do mnie. Jeden odpiął łańcuch od palika. Drugi szarpnął za niego.
Masakra, nagą przegnali mnie korytarzem. Każda inna z uwagą obserwowała mnie szarpiącą się na łańcuchu.

Słyszałam strzępy informacji. Ponoć zostałam tylko ja, reszta się już poddała i są w „normalnych celach”.
Gdy już dotarłam do umywalni zauważyłam na posadzce kępy swoich włosów. Nawet ich nie posprzątali. Byłam bliska płaczu.
Zimna woda uzmysłowiła mi co ja takiego robię. Jak długo dam radę jeszcze się opierać?
Po jakże przyjemnym prysznicu zaprowadzili mnie z powrotem do mojego miejsca odsiadki. Platynowa przyniosła coś co ładnie pachniało. Postawiła tacę z dziwnego koloru papką na podłodze.

– wpierdalaj. Daję Ci 3 minuty. – Spojrzałam się na nią ze wstrętem.
– nie będę tego jadła.
– zeżresz. Nic innego nie dostaniesz. Następny posiłek za dwanaście godzin. – To żarty tak? Zmieszałam się na tę myśl. A co jeśli mówi prawdę? Wszystko w koło jest tak absurdalne, że równie dobrze mogliby mnie tutaj zostawić bez żarcia na trzy albo i cztery dni.
– gdzie są sztućce?
– zwierzęta nie jedzą sztućcami. – Odparła wyraźnie rozbawiona.

Sięgnęłam do tacy ręką. Chwilę później pożałowałam tego… Carl błyskawicznie złapał za łańcuch. Pociągnięcie spowodowało, że twarzą wpadłam w zielono-sraczkowatą, chociaż przyjemnie pachnącą papkę.

Platynowa już stała nade mną. Czułam jej smrodliwe perfumy. Czułam, że zaraz znów oberwę. Czekałam na ból, który nie został mi zadany. Dlaczego? Tak. Chcą mnie zastraszyć…

Poczułam się jakoś bezpieczniej i pewniej, powoli podniosłam twarz z papki. Oblizałam językiem to do czego mogłam sięgnąć. Carl pilnował, abym nie mogła sięgnąć ręką do tacy. Co mi zostało? Chcąc jeść i mieć siłę, aby dalej stawiać tej suce opór musiałam się poniżyć sama przed sobą i żreć jak zwierze. Jak świnia z koryta… O boże…
Co mnie tutaj jeszcze spotka?

Szybko zabrała tacę i po chwili bez słowa wyszła. Zostawiając mnie nie przypiętą do palika i z zapalonym światłem.
Miałam czas, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu.