Zapakowali nas zaraz po śniadaniu.
Transport do tego zakładu karnego liczył dziesięć kobiet. Połowa to recydywa, a połowa – w tym ja – pierwszy raz zostanie odseparowana od społeczeństwa.

Skute kajdankami usadzili nas w sześć w jednej suce i cztery w drugiej. Ja jechałam z trzema innymi dziewczynami. Jedna z nich jak się później okazało była już w tym zakładzie wcześniej. Siedziałam obok niej.

Ta kobieta była jakby nieobecna duchem. Wpatrywała się w firany okien suki transportowej siedząc tuż obok mnie. Szturchnęłam ją chcąc nawiązać rozmowę i czegoś się dowiedzieć o miejscu, do którego jechałam.

– ej. Głowa do góry. W sumie słyszałam, że to całkiem niezłe miejsce. Tylko Luśka wspominała mi… wiesz współosadzona moja ze śledczego, że nie koniecznie tam jest fajnie.

– tak? – Odwróciła się z miną jakbym jej chciała co najmniej jedną kluską rodzinę całą wytłuc razem z chomikiem jej córki. – A kto Ci mówił, że to taki raj niby?
– strażnicy.
Roześmiała się.
– dziewczyno. Ty nie wiesz co tam się robi z recydywą, chociaż zastanawiam się czy świeżaki nie mają gorzej.
– dlaczego?
– złamią w Tobie opór, wypiorą Ci mózg… Dziecino… To najgorsze miejsce o jakim słyszałam i w jakim byłam.
Zlękłam się. Zaczęłam nerwowo skubać bluzkę.
– zabiorą Ci wszystko. Dumę, honor, niewinność… wszystko. Zrobią z Ciebie tuftę. Będziesz ciężko tyrać na dupsko Państwa, będą Ci jeździć po rajtach, a każdej nocy obedrą z godności.
Pobladłam. Sąsiadka uśmiechnęła się smutno i dodała.
– jeśli wcześniej nie wykorkujesz dzieciaku to jak już wyklepiesz stąd, odmieni się Twoje życie. I módl się żeby nigdy tu już nie wrócić.

Tyle było mi z chęci poprawienia nastroju kobiecie siedzącej obok mnie na ławie.
Dalszą drogę spędziłam na drzemaniu, to na patrzeniu przez firany. Droga wiodła przez las.
Usłyszałam, jak z szoferki przez radio strażnik powiedział, że robią postój w umówionym miejscu.
Po chwili kolumna transportowa skręciła w leśną drogę. Wjechali głęboko w las i zatrzymali się na niewielkiej polance.

Otworzyły się drzwi suki ze zgrzytem. Do środka wszedł któryś z konwojentów. Nawet nie wiem który, patrzyłam pod słońce więc widać było tylko ciemną postać. Złapał z brzega siedząca dziewczynę z tylnej kanapy za włosy i zwlekł ją na podłogę. Silnym energicznym ruchem przeciągnął po drewnianej podłodze. Drzwi z hukiem zatrzaśnięte. Słychać było krzyk i odgłosy uderzeń, wrzask i płacz.
– zaczęło się. – Powiedziała moja sąsiadka. – Witaj w piekle dziecinko.
Trzęsły mi się ręce ze strachu. Siedziałam od zewnętrznej – więc mogłam być następna w kolejce. Siedząc niepewna własnego losu, zaczęły puszczać mi nerwy. Z oczu pociekły łzy bezradności. Wspomniałam słowa Luśki, która ostrzegała mnie przed miejscem, do którego jechałam.
Skrzypnęły drzwi.
Dziewczyna została wrzucona do samochodu, teraz bezwładnie leżała na drewnianej podłodze, która nasiąkała jej własną krwią.
Cała jej twarz była sina, włosy zlepione krwią.
– napad z kindybałem w ręku… – powiedziała smutno sąsiadka. – Spokojnie, z tego co słyszałam od więźniarek tylko jedną gwałcą w transporcie. Wcześniej ją sobie upatrują. Zaraz ruszymy dalej.

Sąsiadka miała rację. Chwilę po tym kolumna ruszyła w dalszą drogę. Nie mogłam patrzeć na dziewczynę leżącą i kwilącą na parkiecie. Już miałam wstać gdy…
– nawet jej nie dotykaj. Wyzbywaj się już swojego sumienia i empatii, ale bądź charakterna.
Odtrąciłam jej rękę, którą mnie złapała. Wstałam i podeszłam do młodej dziewczyny.
– nie wiem co Ci powiedzieć. Musisz być silna… – pomogłam jej wstać i usiąść na ławie.
Nawet się nie odezwała. Była w szoku. Jej wzrok był całkowicie nieobecny, taki pusty…

– już jesteśmy na miejscu, widzę mury spacerniaka i na wieżyczce koguty. Trza ich się wystrzegać. Zapamiętaj to.
Podeszłam do okna, żeby zobaczyć…
Mur z czerwonej cegły, wysoki na jakieś trzy może cztery metry, zwieńczony oczywiście drutem kolczastym.
– pod napięciem. – Mruknęła smutno sąsiadka.

Samochody wjechały na teren ośrodka wczasowego, jak to określała sąsiadka. Wielka metalowa brama zamknęła się ze zgrzytem i hukiem. Dopiero wtedy otworzyli drzwi transporterów i wyrzucili nas na żwir alei ku wolności.

Podszedł jakiś strażnik więzienny do dowódcy naszej eskorty. Chwile pogadali i odwrócili się w stronę budynku. Burak potknął się, a z ręki wysypały się mu dokumenty. Akta. Z daleka widać było, że zbiera różne kartki i składa w koperty.

– no ptaszynki, która dziś będzie dla nas dzisiaj ćwierkać najgłośniej?
– nie odzywaj się. – szepnęła sąsiadka stojąc po mojej prawej stronie.

Pies podszedł do dziewczyny, która jechała w pierwszej suce. Złapał ją brutalnie za włosy jedną ręką. Drugą dał jej w pysk. Ta zakwiliła cicho ledwo utrzymując się na nogach. Podszedł do mnie. Zrobił to samo. Mrok… Nigdy nie dostałam z taką siłą w twarz. Zamroczyło mnie i pewnie dlatego się nie odezwałam. Siła uderzenia posłała mnie na piach. Pies się roześmiał.
– przodujesz mała kurwo.
Spojrzał na trzęsącą się ze strachu brunetkę. Zamarkował cios. Brunetka pisnęła niczym ta wystraszona ptaszyna.
– tą oddzielnie, przyprowadzić do mnie. Resztę przygotować do przydziału cel. Wyszorować dokładnie… Zresztą co ja wam będę tłumaczył, wiecie co macie robić.

Zabrali nas do budynku. Ustawili w rzędzie. Burak trzymał w ręku nasze akta. Patrzył na nas z pogardą, jakbyśmy były dla niego przykrym czymś co należy zmyć z podłogi bo jest brudna.

Przyjrzałam się cwaniakowi. Chuj miał przypięty do boku zwinięty bat. Czarno-czerwona skóra przeplatana w jodłę. Wysokie skórzane buty jak do jazdy konnej, zielony dopasowany mundur. Gdyby nie był takim chujem, byłby nawet przystojnym mężczyzną.

Powoli czytał na głos zasługi każdej, patrząc groźnie na właścicielkę kartoteki.
Po chwili przeniósł wzrok na mnie.
– handel narkotykami, rozbój z użyciem broni palnej, brutalne pobicie, liczne kradzieże. Recydywa. Maria Anna K.
– to nie ja. – Sąsiadka złapała mnie za rękę.
Chuj do mnie podszedł.
– to nie Ty?
– nie. To nie ja.
– a czyj to paskudny ryj?
– mój.
– więc akta też są Twoje suko jebana.
Znów dostałam w twarz. Piekło niemiłosiernie. Lubię ostry seks, ale to już zakrawało na przemoc i to w dodatku nie na tle seksualnym. Zimne kafelki przypomniały mi gdzie się znajduję i oprzytomniałam.
– więc. Czyje to akta? – Przeszył mnie dreszcz.
– moje.
– zabrać je do pralni. A cwaniarę odpowiednio nagrodzić.