Obudził mnie dźwięk zrzuconej przez kota butelki po winie z blatu w kuchni.
Wiedziałam, że to wina Władcy, on musiał zawsze anektować wszelkiego rodzaju płaszczyzny nie tylko te w poziomie, ale w pionie również. Miał dziwną manie zrzucania wszystkich przedmiotów ze stołów, blatów, a nawet półek.

Słońce mnie raziło. Rzadko śpię twarzą do okna, obróciłam się.
Lu spała zwinięta jak bezbronny kociak w wiklinowym koszyku. Jej kasztanowe włosy falami okrywały blade ramiona i twarz. Przykryta poszewką z kory w kolorze khaki wyglądała bardzo apetycznie.

– mmm kotku. – wymruczała, ciaśniej się zwijając i okrywając zielenią kory.
Niech śpi – pomyślałam i delikatnie wysunęłam się z pod narzutki. Na palcach poszłam do kuchni aby posprzątać zrzuconą i zapewne potłuczoną butelkę oraz zrobić kawę, ale to co zobaczyłam w salonie przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Pamiętałam, że wypiłyśmy 3 butelki wina. Pamiętałam, że pochłonęłyśmy zamówioną pizze i że próbowałyśmy uwieść dla żartu dostawcę. Pamiętałam nawet, że dzwoniłam do Karola i że z nim rozmawiałam jakieś dwadzieścia minut… Ale tego, że piłyśmy wódkę (sądząc po zastawionej ławie) z sąsiadami z góry już nie pamiętam…

Spali przytuleni na kanapie w salonie, ewidentnie było widać, że dobrze się bawili…
Rozejrzałam się po mieszkaniu. No jakby tajfun przeszedł przez salon… Bluzka Katarzyny wisiała na żyrandolu, bliżej niezidentyfikowane bieliźniane coś ciągnęło się przez chodniczek. Na oparciu kanapy wisiał stanik. Natomiast Norbert… w sumie miał wszystko na sobie. Dziwne…

– mam tylko nadzieję, że nie znajdę za kilka dni niespodzianki w kanapie lub pod nią… noszącej znamiona wszej miłości. – Powiedziałam lekko wkurwiona na widok tego wszystkiego co zastałam.
– Kaśka! Wstawaj! – szturchnął ją Norbert. – Cześć Anetka. Nie martw się posprzątamy. Ale to Wy nas zdemoralizowałyście wczoraj, a w sumie to Kaśkę, a ona z kolei mnie.
– my? – Zrobiłam minę niewiniątka… Dobrze, że oni są zbyt… hmmm… normalni, żeby zauważyć cokolwiek, chociaż niewiele pamiętałam z zabawy z Lu, mam nadzieje, że nie wstanie z łóżka ze śladami jakiś mało waniliowych zabaw.
– tak, Wy. Wszędzie was było słychać jak się zabawiałyście ze sobą. Nie mam nic przeciwko oczywiście, nawet przyjemnie było popatrzeć na waszą trójkę… A tak na marginesie… jak dla mnie, to niech Lidia częściej u Ciebie nocuje.
– yyy… dlaczego?
– bo… to działa na moją żonę. Jak widać… – ogarnął w powietrzu ręką „TO” wszystko. – Zaraz ją dobudzę i oczywiście posprzątamy. W sumie… to chętnie zrobiłbym dla nas wszystkich śniadanie jeśli nie macie nic przeciwko temu. Chociaż tak Wam się odwdzięczę.

Tak, oj tak. Na pewno byłam blada jak ściana w kuchni… zimny odcień bieli, sine usta – z pewnością przypominałam bohaterów ostatnio popularnego serialu na HBO o zombakach… Zdając sobie sprawę z faktu, że zostałam nakryta przez kurewsko romantycznie i aż do wyrzygania – waniliowych sąsiadów na lesbijskim seksie z Lu, obróciłam się na pięcie i przerażona pobiegłam do Lidki.

– Lidka, Lidka! – Szarpałam biedne kocię, broniące się przed wyrwaniem ze snu.
– mmmm?! – Wydała z siebie pomruk niezadowolenia.
– Lidia! W tej chwili się kurwa mać obudzisz, albo wyleje na mojego przesłodkiego kociaka szklankę zimnej wody.
– mhm, jeszcze chwilkę…
Tego było już za wiele, w salonie jakaś para romantycznie rozwiesiła pranie z intymnej odzieży na moim żyrandolu, twierdząc że nie przeszkadza im homoseksualizm, a Ty sobie w najlepsze śpisz.
– KURWA MAĆ! – Krzyknęłam i sięgnęłam po szklankę z wodą, bez większych oporów wylałam jej zawartość na twarz Lu.
Wyglądała jakby się topiła łapiąc gwałtownie oddech. Przyglądałam się temu z nieukrywanym zaciekawieniem.

– możesz mi kurwa wytłumaczyć co się wczoraj działo?
– ale czego mnie… utopić mnie chciałaś?
– przepraszam… co się działo, mało pamiętam z wczoraj.
– ja też nie wiele pamiętam… – Zamyśliła się. – Pamiętam co się działo do momentu wyjęcia z lodówki zmrożonej wódki i chyba drugiej lub trzeciej kolejki.
– opowiedz mi proszę.
– no więc…

****

Po zjedzeniu pizzy dalej ciągnęłyśmy rozmowę na temat władzy uległej nad dominującym.
Doszłyśmy do wniosku, że nie do końca jest tak jak nam się z początku wydawało.
– No tak, on sobie upatrzy swój obiekt westchnień. Ale co jeśli on nie będzie chciał? Przecież tego kwiatu pół światu.
– No tak, każdy kij ma dwa końce.
– Nie tylko kij. – Wybuchnęłyśmy śmiechem.
– No dobrze, ale co jeśli on nie chce?
– No jak to co? Przecież to działa w obie strony, tak na dobrą sprawę może albo zaczekać, albo postarać się o to by jej obiekt westchnień i powód nieprzespanych nocy zaczął chcieć. Czyż nie?
– No ale to proste przecież nie jest.
– Tak? Popatrz na siebie. Przypomnieć Ci co zrobił Robert? Zasiał w Tobie ziarenko pragnienia, które powoli kiełkowało.
– Aż sama tego zapragnęłam. Byłam pewna…
– Wiem. Byłaś pewna, że to Twój pomysł.
– Tak.

****

– chcesz kawy?
– nie, ale mogłabyś się odwrócić i pokazać mi swoje pośladki.
– po co?
– bo lubię oglądać własne dzieło.

****

– tylko nie mocno. Mam jasną skórę.
– nie jestem ślepa widzę… pewnie szybko widać ślady na Tobie.
– w sumie to nie wiem…

****

Lu obejrzała mnie dokładnie i z żalem powiedziała:
– nic prawie nie widać.
– to dobrze…
– miałaś rację, szybko powstawały nawet przy użyciu niewielkiej siły, ale równie szybko znikały. Słodkie, mogę Cię tak lać częściej jak będziesz chciała.
– nie…? Nie wiem dlaczego chciałam.
– Ty wiesz? Ja też nie pamiętam, ale pamiętam jak przyszła Twoja sąsiadka.
– i?

****

– musisz być ciszej Aneta, bo ktoś w końcu przyjdzie sprawdzić czy Cię ktoś ze skóry żywcem nie obdziera. – Roześmiała się podle.
– to nie jest takie proste.
– wytrzymaj jeszcze piętnaście zostało z umówionej liczby.
– szesnaście, zostało szesnaście.
– weź może poduszkę jakąś…

Dzwonek do drzwi.
– musisz iść otworzyć. Zobacz kto to i czego chce. Ej! Ale zostaw palcat…
– Aneta! Musisz tutaj przyjść na chwilkę. Możesz?
– Za chwilę przyjdę.
Zarzuciłam na siebie szlafrok i z lekko piekącym tyłkiem oraz udami poszłam w stronę drzwi wejściowych.
W kuchni stała sąsiadka z góry. Katarzyna trzymała w rękach pustą szklankę i patrzyła w podłogę, ale mimo to widać było jak rumień błyszczy na jej twarzy.
Lidia spojrzała na mnie bardzo wymownie. Wiedziałam co to spojrzenie znaczyło.
Widziałam jak Kasia ukradkiem spogląda w stronę trzymanego przez Lu palcatu, widziałam jak jeszcze bardziej się rumieni.
– coś się stało Pani Kasiu?
– chciałam szklankę cukru…
– nie mamy cukru, ale mamy wódkę szanowna Pani i świetnie się bawimy tutaj. – Odezwała się rozbawiona Lidia uważnie wpatrzona w kolejny wykwit rumieńca u mojej sąsiadki.
Biedna – pomyślałam – nie wie w co się wpakowała.
– napije się Pani z nami? No Pani Kasiu, zapraszamy.
– bardzo chętnie. Może przejdziemy na Ty? Kaśka jestem.
Odważna jest kurde…