Zaczęłam się zastanawiać nad skomplikowanym odczuciem dziwnej nowej satysfakcji.
Niby z jednej strony czułam, że to co zrobiłam było jakby nie dla mnie… TAK! Tak właśnie przecież było, przecież właśnie to dla niej zrobiłam, spełniłam jej potrzebę.
Czułam się z tym wyjątkowo, nawet dobrze w sumie. Robert też tego chciał, więc to zupełnie coś innego.
Obróciłam się aby spojrzeć na Roberta, ale mój wzrok nie zastał go na sofie.

Po chwili wszedł do pokoju z czymś w ręku.

– co tam masz?
– krem. – Uśmiechnął się.
– po co Ci krem? – Zapytałam zaskoczona jego odpowiedzią.
– a jak myślisz? – spojrzałam na siedzącą Lu, która właśnie wstała i podeszła do sofy. Położyła się na brzuchu, a Robert już nakładał krem na dłonie. Poczułam przypływ poczucia winy i wstydu, że zrobiłam coś takiego.

– ja to zrobię. – Wyrwałam mu tubkę z dającym ukojenie kremem. – Wybacz mi Lu… – wyszeptałam. Lidia odwróciła głowę w moją stronę i się uśmiechnęła.
– głuptasie. Co mam Ci wybaczyć?
– to… co Ci zrobiłam. – Zimny krem wylądował na jej nagich plecach.
– przecież ja tego sama chciałam. Zrobiłaś to dla mnie.
Już się nie odezwałam, mimo że żałowałam każdego razu zadanego rattanową trzciną, który spadał celnie na pośladki i plecy znacząc różowo-czerwonym śladem jej śnieżno-białą skórę.

Wpatrywałam się w pręgi, które zdobiły jej ciało. Wpatrywałam się w dowód jej jak i swojej odwagi. Wpatrywałam się w dowód jej posłuszeństwa.
Ja bym tak nie mogła, wyłabym zanosząc się płaczem, wiłabym się z bólu próbując uniknąć ciosu.
Mimo tego, że doskonale wiedziałam, że ruch czy inaczej – próba ucieczki przed uderzeniem może spowodować gorszy ból. Bo On nie trafi w to miejsce, w które celował. Mógłby trafić nawet w bardziej delikatną skórę i zrobić mi krzywdę… Rozciąć ją, a wtedy polałaby się krew.
Zrobiło mi się słabo.

Lu wstała zadowolona z sofy i poszła do sypialni. Nigdy nie widziałam jej w takim rozanielonym nastroju.
Gdy wróciła w ręku miała szlafrok frote w odcieniu mdłej pistacji, a przez ramię miała przewieszony kawałek jedwabnego materiału.
Mnie podała miękką tkaninę z paseczkiem, a sama okryła się zimnym jedwabiem.
Czarny kolor materiału pięknie kontrastował z bielą i czerwienią. Nie mogłam przestać podziwiać tego widoku…

– to jak? Gramy? – zapytała Lu.
– Trzeba wyjaśnić zasady gry Anecie.
– tak trzeba. Mam nadzieję, że nie będą tak skomplikowane jak poker, w którego grałyśmy z Lidią rok temu.
– oh, nie! – krzyknęła Lu – zasady są dużo bardziej jasne, mniej skomplikowane. Gra przypomina grę w makao. Tyle, że karty symbolizują daną praktykę. Wymaga to strategii w grze i odpowiedniego dobierania kart. Ostatnia karta jaka zostanie Ci w ręku, będzie określała czynność, bądź rolę w jakiej się znajdziesz.
– hmm, ciekawe. Mogę obejrzeć talię?
Robert podał mi drewniane pudełko. Zapach starego drewna przypominał mi wiele rzeczy i sytuacji z czasów kiedy byłam szczęśliwsza.
Zanim poznałam mroczną część samej siebie – gdy po raz pierwszy odwiedziłam Karola w jego wynajmowanym mieszkaniu na Pradze. Kamienica była przepełniona takim zapachem i wonią wilgoci, mokrej cegły… Rozmarzyłam się przeglądając pięknie zdobione karty.
– często ich używasz Robercie?
– nie, to rarytas. Dostałem je od przyjaciela.
– od Karola? – Zapadła niezręczna cisza. – Tak myślałam. – Dodałam po chwili, utkwiwszy wzrok w karcie z wizerunkiem damy trefl.
– wyglądają, jakby były ręcznie malowane… Pachną kredowym papierem… Są piękne.
– rysunki są autorstwa Karola i Lidii. – Spojrzałam w kierunku Lu, która napuszyła się usłyszawszy słowo „Lidia”.
– są piękne. Dawno powstały?
– tak su. Bardzo dawno, kiedy ja i Karol byliśmy bliżej siebie. Są dwie takie talie. Jedną mam ja, drugą Karol oddał Robertowi kiedy poznał Ciebie.
Siedziałam wpatrując się w podobiznę młodego Pan trzymającego w ręku szklankę z żółtym czymś w środku.
– to lejek – powiedział Robert, przyglądając się uważnie mojej reakcji.
– lejek – powtórzyłam bezwiednie zapatrzona w mężczyznę wyobrażonego na karcie. – Wygląda jak Karol. – Poczułam smutek gdzieś w środku, nie miałam z nim kontaktu od kilku miesięcy.
– bo to jest Karol – uśmiechnęła się słodko Lu. – Lubił piss.
Spojrzałam na nią. Jak ja mało o nim wiedziałam. Wiedziałam, że lubił patrzeć jak sikałam… Ale wyglądało, że to był zaledwie wierzchołek góry lodowej, która się mną opiekowała.
Karol nigdy do niczego mnie nie zmusił. Byłam idiotką, nie ufałam mu tak jak powinnam. Gdybym wierzyła w niego i bardziej mu ufała dziś nie siedziałabym u Lidki i Roberta w saloniku. Pewnie była bym u boku swojego Pana w Stanach…
Ale z drugiej strony, nie poznałabym Lu do tej strony, nie wylądowałabym z nią w łóżku…
Z zadumy wyrwał mnie widok karty Joker. Podniosłam głowę – PIES?! – zapytałam zszokowana. – Dlaczego na tej karcie jest owczarek niemiecki?
– Głupiutka jesteś. To Animal rzecz jasna. Karol nie widział wcześniej animalu na własne oczy, nie mniej jednak bardzo chciał go zobaczyć. Dopiero gdy poznał Ciebie… Zadzwonił do mnie, któregoś dnia i zapytał się czy byłbym zainteresowany, a w sumie czy mój pies byłby zainteresowany. To nie jest tak, że pies będzie zawsze zainteresowany każdą dziurą do pokrycia, więc nie wiedziałem jak zareaguje Brutus. Wtedy miał Cię tylko poznać, obaj chcieliśmy wiedzieć czy by wyszło. Ostatnimi czasy Brutus zrobił się dość wybredny. – Zamyślił się.
– Byłaś pierwszą suką jaką miał Karol, która przekroczyła tę granicę. – Podrapał się w tył głowy, po czym dodał. – W tym momencie dla mnie stałaś się suką z krwi i kości. Nie tylko, że pokrył Cię mój pies. Ale widziałem, jak łamiesz słodko w sobie bunt.
Lidka prychnęła. Wyczuć można było, że jest podirytowana.
Spuściłam głowę, twarz chowając we włosy, tak aby nikt nie widział ekscytującego różu, który właśnie wpłynął na moje policzki.
– czasami wspominam… – zaczerwieniłam się jeszcze bardziej.
– spójrz na mnie. – Powiedział, a ja odruchowo uległam prośbie. – wspominasz co? – Wzięłam głęboki oddech.
– jego język, ciepło futra, jego oddech na karku i siłę z jaką mnie rżnął.
– no pięknie, wyzwolił w Tobie nie dość, że sukę to jeszcze animalkę. Co później? Kucyki i ogiery? Jako ostry akcent pony play? – Roześmiał się.
– nie pociągało mnie nigdy pony play, chociaż w sumie to go nie znam zbyt dobrze. – Prychnęłam. – Ale w sumie to nie powinno się wypowiadać o czymś, że jest złe – jeśli się tego nie spróbuje.
Zrobiłam się strasznie pyskata. Tylko dlaczego?
Lidka głośno westchnęła.
– ja się boję. Chciałabym, ale się boję. – wyszeptała tak, że tylko ja mogłam to słyszeć. Uśmiechnęłam się do niej. Po czym zawołałam psa po imieniu.
Leniwie wychylił pysk zza framugi. Robert uważnie mnie obserwował, ale nie protestował.
Przywołałam psa do siebie i zaczęłam go głaskać po głowie. Jego sierść była miękka, miększa niż zapamiętałam.
– zobacz Lu. On Ci nic nie zrobi. Jest słodki i lubi jak go głaszczesz, a najbardziej lubi jak go podrapać za uchem. – Lu przysiadła się bliżej. Zaczęła się oswajać z sytuacją. Wyciągnęła rękę w stronę psa.
– Ty się nie boisz animalu tylko psa. – Stwierdziłam.
– tak, boje się psów.
– popatrz na niego, on nie zrobi Ci krzywdy. Zaprzyjaźnij się z nim wpierw. Skoro się go boisz to metoda małych kroków będzie najlepsza. – Uśmiechnęłam się promiennie. Kątem oka zauważyłam, że Robert zamkną pudełko z talią kart. Obróciłam się do niego.
– nie zagramy?
– myślę, że karty nie będą nam potrzebne. – Wskazał ruchem głowy na Lidię, której Brutus właśnie położył głowę na kolanie, a domagając się większej uwagi i czułości pisnął. Lu była uśmiechnięta.
– szkoda, ale może innym razem. – Z tęsknotą patrzyłam jak Robert odstawia pudełko na półkę regału. – Jaka zależność jest między figurami?
– Postacie żeńskie są uległe, postacie męskie dominujące.
– Ale przecież dama jest ważniejsza niż walet.
– Tak dama w kontekście gry zawsze będzie ważna, ważniejsza nawet od króla czy jokera, ale w tej sytuacji walet jest stroną uległą wobec Pana, ale dominującą wobec damy. Dokładnie tak jak Ty godzinę temu w stosunku do Lidii byłaś dominująca, ale w stosunku do mnie byłaś uległa. – Przeszły mnie ciarki na dźwięk tych słów.
– mhm – mruknęłam, znów podziwiając pręgi jakie zrobiłam rattanem na plecach i pośladkach Lu, bo ta się nachyliła, żeby podrapać Brutusa po brzuchu.
– Takiego zachowania uległe się uczą, bywa że i latami. Karol miał rację – jesteś wyjątkowa. Chciałbym mieć taką jak Ty. – Pomyślałam, że dobrze, że Lu tego nie słyszała.
– Ale Lu. – Lidka w między czasie usiadła na podłodze, dalej głaszcząc Brutusa.
– A co Ci ona przeszkadza?
– mnie nic, ale jej mogłoby to przeszkadzać.
– jej? Wątpię. Widziałem jak ją pieścisz, widziałem jak się poddała Tobie. Czułem, że między wami jest nie tylko przyjaźń, ale i pożądanie, szacunek i co najważniejsze zaufanie.
Miał rację wiedziałam to, a co gorsze on wiedział, że ja wiem…
Ale czy ja tego bym chciała? Tego nie wiem. Robert jest sadystą, Lu masochistką… ja nie przepadam za tego rodzaju zabawami. Ale nie odmówiłabym sobie wypieszczenia jej ciała palcatem. Rumieniec wpełzł na moją twarz. Robert to zauważył.
– o czym myślisz su?
– nie nazywaj mnie tak, proszę – zaprotestowałam z oburzeniem.
– dlaczego? – Wstał – Dlaczego odmawiasz sobie świadomie przyjemności? Lubisz być zmuszona, wiem to od Karola, wiele wiem na Twój temat moja droga. Znam większość Twoich fantazji. – Podszedł do Lu i powiedział jej coś do ucha, ta kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Podszedł do komody, na której zostawił palcat, który miałam w zębach gdy uderzył mnie trzciną.
Kurwa, stał na wprost mnie, trzymając w dłoni palcat. Widok tego typu zawsze mnie podniecał. Zbliżył się.
Bez słowa uniósł bat i dotknął nim mojego policzka. Zamknęłam oczy aby czuć całym ciałem dotyk zimnej czarnej skóry bata.
– wstań.
Wstałam, bez jakiegokolwiek oporu. Chciałam tego. Ufałam mu. Nawet gdyby mnie teraz uraczył chłostą dalej bym mu ufała. Tylko dlaczego? Podświadomie tego pragnęłam, poczucia przynależności, rozkoszne mrowienie rozległo się po moim ciele.
Szlafrok spadł na podłogę.
– nie otwieraj oczu dopóki Ci nie pozwolę.
Nie odpowiedziałam. Poczułam dłonie Lu na swojej skórze.
– klęknij – powiedziała. Nie chciałam, bo niby dlaczego.
– klęknij – powtórzyła.
Nie! – pomyślałam. Nie zrobię tego. W tej samej chwili Lu zmusiła mnie do tego ciągnąć za włosy.
– tak ciężko było? – Odezwał się Robert. – Spójrz na mnie. – Otworzyłam oczy. Obok mnie z pochyloną głową i dłoniami na udach klęczała Lidia. Ten widok…
– wstań su i podejdź tutaj. – Wskazał dłonią miejsce na podłodze. – Zobacz to piękno z drugiej strony.
Piękne, pomyślałam. Po prostu piękne.
– oddaję Ci władzę nad Lu, możesz z nią zrobić co zechcesz. Nie dbam o to co to będzie, ale chcę się dobrze bawić patrząc na to. – Lu drgnęła. Ale nie podniosła głowy aby spojrzeć w stronę Roberta. – Jeśli mi się nie spodoba to co będziesz robiła z moją suką… to Ty znajdziesz się na jej miejscu, a ona zajmie Twoje. Czy zasada jest zrozumiała dla wszystkich? – Lu dalej klęczała patrząc w podłogę. Strasznie się głupio czułam. Nie miałam pojęcia co mam teraz zrobić. Spojrzałam wystraszona na Roberta, potem na klęczącą pokornie Lu, znów na Roberta i ponownie na Lu.
– Przecież wiesz co oboje chcemy zobaczyć su. – Złowiłam wzrokiem jego wredny, obleśny, a nawet powiedziałabym sadystyczny uśmiech. Wiedziałam o czym myślał Robert, jego celem było obejrzenie spektaklu pod tytułem „jego suka z jego psem”. Zastanawiałam się czy zmusić ją czy próbować przekonać. Chwila co jest najmniej inwazyjne, najłatwiej byłby to zaakceptować? Wiem.
– przynieś dwie pufy z sypialni. – Powiedziałam starając się aby mój ton był zimny i oschły. To jest kurewsko trudne wobec kogoś kogo się lubi. Doszłam do wniosku, że żeby tak traktować mnie czy inną submisywną kobietę, trzeba ją szanować owszem. Ale jeśli się ją kocha lub darzy głębszą przyjaźnią to już nie jest tak łatwo.

Po chwili pufy już były ustawione we wskazanym przeze mnie miejscu.
Lu dalej stała. Niedaleko niej leżał spokojnie Brutus.
– zawołaj go – powiedziałam cicho. Lidia z przerażeniem się na mnie spojrzała. Zaczęły drżeć jej ręce.
– zaufaj mi, zawołaj go – uśmiechnęłam się do niej. Robert wstał i podszedł do mnie.
– co zamierzasz? – Zapytał
– zobaczysz.
– nie pyskuj, tylko mów. – Lu patrzyła jak Robert mnie trzyma za włosy sprowadzając do parteru. W drugiej ręce trzymał palcat. Nie odpowiadałam doprowadzając prowokowałam go do jego użycia. Chciałam tego. Nie podobało mi się to co miałam robić. Ale Robert wyczuł o co mi chodzi. Przywołał psa.
– a teraz mu ładnie obciągniesz kutasa. – Powiedział po czym dalej trzymając mnie jedną ręką podprowadził Brutusa.
– błagam nie. – wycedziłam przez zaciśnięte z bólu zęby. Rober puścił psa, ale ten był już zainteresowany tym co się dzieje i nie odchodził, poczułam na swoim policzku jego zimny nos. Chwilę później gorąc jego cierpkiego języka.
– otwórz pysk – nakazywał głos Roberta, cały czas trzymając mnie w unieruchomieniu. Posłusznie zrobiłam to czego żądał. Uścisk dłoni się zwiększył.
– patrz na mnie – rozkazał, po czym napluł mi w twarz – zamknij usta. Teraz połknij i żeby Ci nie przyszło do głowy żeby znów się mi postawić. Pamiętaj gdzie jest Twoje miejsce.
Już chciałam odpowiedzieć, że nie ma nade mną żadnej władzy, gdy zauważyłam, że Lidia położyła się na plecach na przygotowanych pufach. Brutus już był między udami, już ją lizał. Lu głośno dyszała.
– Panie, nadchodzi. Błagam pozwól mi. – wykrzyczała.
– nie mnie błagaj. – Odparł szybko puszczając mnie i zostawiając w poczuciu upokorzenia.
– proszzzeee… – wysapała.
– proszę dojdź. – Powtórzyłam bezwiednie słowa Karola w ogóle się nie zastanawiając nad tym co właśnie zrobiłam. Obserwowałam jak Lidka ulegle daje się pieścić psu, patrzyłam jak jej ciało wstrząśnięte orgazmem o jakim prawdopodobnie nie śniła wije się i pręży.
– nabrała ochoty. Powiedziałam do Roberta. – Ale ten tylko surowo spojrzał na mnie. Byłam pewna, że nie był zadowolony z przebiegu akcji sztuki.
Podniosłam się z podłogi. Złapałam za obroże psa i podprowadziłam do leżącej już na podłodze oszołomionej Lu.
– pomóż mi proszę.
– co chcesz zrobić?
– to najlepszy moment, żeby wymusić na niej to czego ja sama nie mam odwagi zrobić, ale chętnie na to popatrzę.
Popatrzył się na mnie wzrokiem pełnym podziwu i niedowierzania.
Złapałam Lu za włosy, unieruchomiłam jej głowę wciągając jej wycieńczone ciało na pufę. Brzuchem opierała się teraz o jedną. Drugą odsunęłam na bok.
Robert podprowadził Brutusa tyłem i zadarł mu ogon do góry.
– wystaw język i liż – powiedział naprowadzając psią dupę na jej twarz.
Myślałam, że sama się porzygam patrząc na to. To było nic w porównaniu z oralem względem psa.
Patrzyłam na grymas twarzy, na obrzydzenie jakie malowało się na jej twarzy. Boże… nie.
– su, podejdź.
Podeszłam i oparłam się brzuchem na drugiej pufie tak jak tego chciał mój „tymczasowy właściciel”.
– Lu?
– tak Panie?
– jesteś gotowa?
– boję się.
Złapałam ją za rękę.
Wiedziałam, że i mnie przypadnie zagrać jedną z głównych ról sztuki o animalu. Ale nie zdawałam sobie jak szybko, bo faktycznie Brutus w pierwszej kolejności wskoczył na mnie. Wszystko to co pamiętałam wróciło ze zdwojoną siłą, ale na krótko. Pies zszedł ze mnie i machinalnie zaczął rżnąć Lu. Ta aż wyła z rozkoszy. Patrzyłam na to z nieukrywanym zainteresowaniem.
Patrzyłam jak reaguje jej psychika, patrzyłam jak jej dłonie zaciskają się na pufie. Patrzyłam na odzwierciedlenie rozkoszy płynącej z pomiędzy jej ud. Przyglądałam się aż do momentu, w którym Bruti zszedł z niej i zaczął wylizywać spermę obficie spływają po nogach.
Drżała. Gdy spojrzałam w jej oczy były prawie czarne, źrenice maksymalnie rozszerzone. Przeżywała coś pięknego.
Jak ja chciałabym być na jej miejscu.
Robert się uśmiechał do mnie. Poczułam, że teraz właśnie powinnam pochwalić Lu za to co zrobiła.
– jestem z Ciebie dumna moja Lu. – Powiedziałam gładząc jej włosy.
Kurwa, powiedziałam moja?
Lu spojrzała na mnie, a jej twarz była pełna satysfakcji z roli jaką odegrała.
– no zrób to – powiedział Robert. – Daj jej to na co zasłużyła w moich oczach.
– ale…
– nie ale, zrób to. Chcę widzieć taką scenę.
Sięgnęłam rękami do szyi do mojego wiśniowego paska.
– nie. Druga jest tutaj – podał mi czarną obrożę z wygrawerowanym napisem „LU” na adresówce. Chwilę podziwiałam wykonanie ozdobnych liter.
Drżały mi ręce gdy odgarniałam Lidii włosy. Ona się we mnie wpatrywała jak wierny i posłuszny zwierzak w swojego właściciela.
Kurwa jakie to piękne, jakie to rozkoszne…
– wybacz, ale nie mogę tego zrobić.
– grzeczna, nie zawiodłem się na Tobie. Rozumiesz już to.
– tak, rozumiem. Nie chcę Ci tego odbierać.
Robert wstał i założył Lidii obrożę. Pogłaskał po głowie. Rozrywała mnie rozpacz, tęsknota za tym co było. Przypomniałam sobie kiedy Karol pierwszy raz założył mi obrożę. Przypomniałam sobie to uczucie, którego namiastkę sprezentował mi Robert z Lidią.
– proszę – wyszeptałam – pragnę być Twoja. – Zaskoczona swoim impulsywnym zachowaniem, poczułam że się ośmieszyłam i sama poniżyłam.
Lu spojrzała na Roberta, Robert na Lu.
– wstań i chodź. – Poszłam za nimi.

– co teraz? – zapytałam stojąc w brodziku pod prysznicem i nerwowo rozglądając się dookoła, rejestrowałam każdy szczegół.
– jak to co. Podejdź tutaj. – Wyciągnął ręce w stronę obroży. Dlaczego mi ją zdejmuje? Co się dzieje?
– o tak, teraz dobrze. Klęknij. Złap się za kostki. Pięknie.

Lidia weszła do brodzika i stanęła zaraz za mną przytrzymując mi włosy.
Robert rozpiął rozporek i wyjął swojego kutasa. Postawił jedną nogę na rancie brodzika i bezwstydnie zaczął szczać.

Krople jego moczu spadały na moje ciało.
Uda, brzuch i piersi. Strumień ustał.

– chcesz być moja? – zapytał
– chcę Panie Robercie, pragnę tego.
– otwórz usta. – Opór wraz buntem postanowili, że sprzeciwią się woli mojego nowego Pana. – Otwórz inaczej uznam, że marnuję z Tobą mój ceny czas, a chyba tego nie chcesz.

Wargi mi drżały, zamknęłam oczy i otworzyłam usta. Nastawiałam się psychicznie na poznanie smaku moczu.

Poczułam delikatną skórę twardego fiuta. Odetchnęłam.
Robert poruszył się kilka razy trzymając moją głowę. Po czym się wycofał.
Zaskoczenie.
Ciepła ciecz spłynęła po moim policzku.

Szok, nie pozwolił mi się poruszyć. Lidka spłukała ze mnie całe naznaczenie letnią wodą.
Wytarła ręcznikiem twarz i włosy.

Po wyjściu z brodzika zawołał mnie Robert.
– Klęknij. Bardzo jestem z Ciebie zadowolony, to wielki zaszczyt dla mnie móc posiadać czarną perłę.
Wyjął z kieszeni wiśniowy skórzany pasek połyskujący gdzie nie gdzie cyrkoniami i zapinając mi ją na szyi powiedział.
– moja. Moja czarna perła.